Historia Łeby
  Wkroczenie Rosjan, osadnicy, wysiedlenia
 




Wkroczenie Rosjan do Łeby

Wkroczenie Rosjan do Łeby
Osadnicy
Wysiedlenia ludności niemieckiej
Nowe nazwy fizjograficzne

   

   W pobliżu Łeby przebiega droga ze Słupska do Pucka, która w Wicku krzyżuje się z szosą Łeba-Lębork. 9 marca 1945 roku, w przeddzień wkroczenia oddziałów Armii Czerwonej do Łeby i ten szlak w miarę upływu godzin stał się nieprzejezdny. Oprócz wycofujących się jednostek Wehrmachtu i ludności cywilnej, prowadzono tamtędy jeńców sowieckich. Część mieszkańców opuściła miasto samochodami i zaprzęgami, udając się właściwie donikąd, ale zdecydowana większość pozostała na miejscu. Liczbę uciekinierów z Łeby szacuje się na ok. 250.

   Miasteczko, podobnie jak inne miejscowości powiatu lęborskiego, przyjęło znaczną liczbę uchodźców z okolicznych powiatów, którzy bezsilnie szukali tu schronienia przed działaniami wojennymi i okrucieństwem żołnierzy radzieckich w stosunku do ludności cywilnej.


   Były mieszkaniec Łeby - major w stanie spoczynku, Ernst von Zychlinski - w prowadzonym dzienniku pod datą 9 marca 1945 r. napisał (skrót):

"Rano o ósmej opuściliśmy z moją żoną Carlą Godętowo. Uznaliśmy, że pozostanie tam przy głównej szosie jest niemożliwe. Po drodze widzieliśmy masy uciekinierów i żołnierzy, wszędzie panował chaos.   Jechaliśmy na przyczepie ciągniętej przez traktor, a podróż przebiegała normalnie. Tylko na węzłowych skrzyżowaniach kłębiły się masy ludzi i policja musiała kierować ruchem. Tak było już na przejeździe kolejowym w Łęczycy, potem pomiędzy Kębłowem i Nową Wsią oraz na skrzyżowaniu w Wicku.

Krótko przed Łebą na ostatnim postoju zatrzymała nas żandarmeria i nie pozwoliła jechać dalej. Miasto zostało zamknięte! Dopiero kiedy wyjaśniliśmy, że mamy tam własny dom, pozwolono nam jechać. Łeba zrobiła na nas wrażenie, niczym rozdrażniony rój pszczół. Na ulicach stało wiele pustych autobusów, a mieszkańcy przeważnie krzątali się przed swoimi domami. Przy moście wysiadła moja żona, żeby odszukać naszą pomoc domową. Tam koło sklepu nabiałowego zgromadził się tłum ludzi. Później się dowiedzieliśmy, że wydawano masło bez kartek..." 

   Burmistrz i szef miejscowej komórki NSDAP usiłowali wymóc na pewnym poruczniku obronę miasta za wszelką cenę. Ów oficer, dowodzący dosłownie garstką żołnierzy zdecydowanie odmówił, wykazując bezsensowność tego posunięcia. Położenie geograficzne, a w szczególności woda z trzech stron, groziły zepchnięciem obrońców i ludności cywilnej do morza. 

   W godzinach wieczornych ktoś podpalił stojące na stacji wagony towarowe. Dokładnie nie wiadomo z jakiego powodu. W każdym razie ludzie, którzy przy tym byli ratowali z ognia co się dało i bywało, że niektórzy zanosili coś tam do domów. Ładunek w wagonach był dosyć kuszący, bo uratowano duże ilości tytoniu i innych towarów przeznaczonych do zaopatrywania kantyn wojskowych. Zresztą i tak każdemu było wszystko jedno, byleby nie zostawić tego dobra na pastwę ognia albo Sowietów.

   Zapadała noc z 9 na 10 marca, ale i tak nikt nie spał. Liczono się z ewentualnością nocnego ataku i trzeba było być gotowym na wszystko. Około godziny 23. lotem błyskawicy miasto obiegła  wiadomość o ewakuacji, ze względu na możliwy ostrzał artyleryjski. Decyzję wydał burmistrz, a więc nie była to plotka ani próba wywołania paniki. Nie wiadomo skąd otrzymał on wiadomości o ostrzale, bo łączność poza miasto została zerwana. Być może przybył jakiś żołnierz na motocyklu i przywiózł te niedobre wieści?
 
   W każdym razie ludzie pospiesznie pakowali tobołki, wózki ręczne i dziecięce, zabierali żywność i ciepłe ubrania. Mroźną noc przyjdzie im spędzić w lasach i na wydmach pomiędzy morzem, a jeziorem Sarbskim. Nie wszyscy podporządkowali się zarządzeniu burmistrza. Część mieszkańców pozostała w domach. Jedni byli starzy i bezsilni, inni chorzy, a jeszcze inni tkwili w marazmie i było im wszystko jedno co nastąpi.

   W krótkim czasie rzeka uciekinierów przemaszerowała na wschód obecnymi ulicami Brzozową, Obr. Westerplatte i Nadmorską, i tam szukała schronienia wśród nadmorskiego lasu. Wszystkie osłonięte niecki były pozajmowane, bo nie wolno było rozpalać ognisk, żeby nie zdradzić swojego położenia. Północno-wschodni, mroźny wiatr smagał zadumane twarze. Tu przestało być ważne kto kim był czy zatwardziałym nazistą, czy przeciwnikiem Hitlera, tu wszyscy byli równi.

   Jednym z tematów rozmów była samobójcza śmierć powiatowego szefa partii NSDAP (Kreisleiter), Wilhelma Malmendiera. Wielu potraktowało jego śmierć jako symboliczny akt całkowitego upadku i załamania,  przez co nastroje w obozowisku były jeszcze bardziej przygnębiające.

 Von Zychlinski pod datą 10 marca tak zapisał w swoim dzienniku (fragment):

"O drugiej w nocy obudziła mnie żona. Ktoś walił w drewniane ściany naszego domu (obecnie ul. Sosnowa 5) i wzywał przebywających w nim Litwinów do opuszczenia budynku i szukania schronienia w lesie. Jako, że nikt nie pukał do naszych drzwi uznaliśmy, że natychmiastowa ucieczka nie jest absolutnie konieczna..."
 

 

Widokówki przedstawiające rejon, w którym mieszkańcy Łeby spędzili noc z 9 na 10 marca 1945 roku. Pierwsza połowa marca 1945 roku była niezwykle mroźna, z temperaturami poniżej -10°C

   10 marca 1945 roku. Kilka godzin po północy na niebie ukazała się najpierw łuna pożaru gdzieś w pobliżu, następnie było słychać huk wielokrotnych detonacji. Niektóre relacje wskazują, że było to krótko po godzinie drugiej. Zapanował niepokój, gdyż uważano, że wojska sowieckie wkroczyły do miasta i zaczęły wysadzać budynki. Wielu ludzi zwinęło swoje prowizoryczne obozowisko i pomaszerowało z dobytkiem dalej na wschód. Aby dalej od wojny, aby dalej od Sowietów. 

   Po pewnym czasie wybuchy ustały i co odważniejsi poszli się przekonać co było przyczyną nocnych niepokojów. Okazało się, że płonął pobliski Bałtycki Dom Szkolny (Ostseeschulheim) przy ul. Leśnej, a detonacje pochodziły od składowanej tam amunicji. Dopiero rankiem rozeszła się wieść, że podpalili go żołnierze niemieccy. Opuszczając miasto przechodzili oni przez schronisko uciekinierów i wycofywali się w kierunku wschodnim. Wtedy właśnie poinformowali o podpaleniu pobliskiego Ostseeschulheimu i wiaty do magazynowania koszy plażowych.

   Zbliżał się świt i właściciele zwierząt chcąc nie chcąc, musieli wrócić do miasta aby dokonać ich oporządzenia. Krów nie obchodziło, że jest wojna i wróg stoi na rogatkach miasta. Trzeba je było nakarmić i wydoić. Mieszkańcy, którzy pozostali w swoich domach, około siódmej rano wypatrzyli pierwsze sowieckie drużyny zwiadowcze na południowym krańcu miasta. Po krótkim postoju i obserwacji weszły one kilkaset metrów w głąb, a następnie się wycofały. Zaraz potem na puste ulice wjechał oddział konnicy i nie napotkał żadnego oporu.

 Przyjrzyjmy się radzieckiemu komunikatowi wojennemu na dzień 11 marca:

,,Wojska 2 Frontu Białoruskiego nacierają w zwycięskiej ofensywie na odcinku gdańskim. Nasze jednostki zmotoryzowane i piechota posuwają się na północ. Przeciwnik skoncentrował w rejonie Łeby duże siły, w celu utrzymania tej ważnej bazy nad Morzem Bałtyckim. Oddziały radzieckie kilkakrotnie odparły przeciwnatarcia i w zdecydowanym ataku  zajęły miasto Łeba (10 marca - dop. autora)”.
    
   Takimi nie do końca prawdziwymi informacjami pielęgnowano mit heroizmu radzieckiego żołnierza i społeczeństwo Związku Radzieckiego musiało w to wierzyć. W bezpośredniej okolicy Łeby nie było żadnego większego zgrupowania Wehrmachtu, z wyjątkiem batalionu piechoty i 80-osobowego oddziału Volkssturmu (pospolite ruszenie) w okolicach Cecenowa. 

    Jedna z dawnych mieszkanek Żarnowskiej podaje w swoich wspomnieniach, że ok. 200 m od jej domu rodzinnego znajdowała się duża sterta trzciny do krycia dachów. W nocy z 9 na 10 marca 1945 r. jej rodzina i sąsiedzi tam szukali schronienia przed żołnierzami radzieckimi, którzy wieczorem zajęli wieś.
*)

   Trudno już dzisiaj stwierdzić czy stacjonująca w tamtejszej gospodzie drużyna żołnierzy niemieckich podjęła walkę, czy poddała się zaraz po wkroczeniu Rosjan?
W każdym razie dawni mieszkańcy Łeby relacjonowali, że zaraz po zajęciu miasta ,,widzieli grupkę niemieckich jeńców wojennych, którzy z Rosjanami palili papierosy na  moście w Łebie." Prawdopodobnie chodziło tu o żołnierzy z  Żarnowskiej.
____________
*) BdL - Bürgerbrief Nr. 56



   Wojska radzieckie posuwały się w kierunku Łeby z południowego zachodu, z rejonu Izbicy i Żarnowskiej.
Jednostki, które operowały na tym odcinku, wchodziły w skład następujących związków:

- 3 korpus pancerny gwardii pod dowództwem generała Pantiłowa,

- 101 gwardyjska dywizja piechoty pod dowództwem pułkownika Grobenkina,

- 108 samodzielny pułk pod dowództwem majora Potapowa,

- wydzielone jednostki z 4 armii lotniczej.
     
   Popatrzmy, jaka była sytuacja w Główczycach, Smołdzinie, Izbicy i Cecenowie, zanim Armia Czerwona dotarła do Łeby:

8. 03. 45 - Główczyce. Około godziny jedenastej drogą od strony Żelkowa nadciągały sowieckie czołgi. Ostrzeliwując się, nie natrafiły na żaden opór i obrały kierunek na Cecenowo. Uciekinier z Prus Zachodnich, fabrykant Olians, przekazał czerwonoarmistom informację, że w Główczycach nie będzie stawiany opór.

9. 03. 45
- Stacjonujący w Smołdzinie słabo uzbrojony oddział do zwalczania pojazdów pancernych wycofał się w kierunku Cecenowa, gdzie został rozbity przez wojska radzieckie. Około godziny 9. rano Sowieci wkroczyli do Smołdzina od strony Gardny Wielkiej. Stacjonująca u burmistrza grupa żołnierzy niemieckich została zaskoczona i doszło do wymiany ognia. Obie strony poniosły straty.

9. 03. 45
- Radzieckie jednostki pancerne i piechota wkroczyły do Izbicy z południowego zachodu. W tym czasie wszyscy mieszkańcy pozostali w swoich domach. Jedyną ofiarą cywilną we wsi, która straciła życie w momencie wkraczania Sowietów, był rolnik Albert Pirr. Zginął on od przypadkowej kuli niemieckiego lotnika, kiedy ten ostrzelał z niewiadomych powodów oborę, w której znajdował się gospodarz.

9. 03. 45 - Pomiędzy godziną 12. i 13. ostrzał Cecenowa rozpoczęły radzieckie jednostki pancerne i piechota. Wsi bronił batalion piechoty ze Słupska i 80 członków Volkssturmu z Ustki. Walka trwała kilka godzin. Na skutek przewagi sowietów członkowie pospolitego ruszenia poddali się, a następnie wszyscy zostali zastrzeleni strzałami w tył głowy *.
____________
*  Karl-Heinz Pagel "Der Landkreis Stolp in Pommern" rok wyd. 1989
 
   W tym miejscu chciałbym poruszyć kwestię statusu prawnego Volkssturmu, w rozumieniu konwencji i prawa międzynarodowego. Sowieci nie akceptowali tej formacji jako kombatanckiej, w związku z czym nie przyznawali jej członkom praw jenieckich. Niemcy starały się poprzez politykę międzynarodową, o zrównanie ich praw z prawami żołnierzy jednostek regularnych.

   Próbowano wprowadzić jednolite umundurowanie, stopnie i oznaczenia, co w praktyce okazało się bardzo trudne. Często się zdarzało, że oddział Volkssturmu był umundurowany, ale ubiory pochodziły z różnych formacji wojskowych i paramilitarnych, a nawet cywilnych i do tego nie zawsze były kompletne. 

   Dlatego Związek Radziecki uważał jej członków za uzbrojonych i nieumundurowanych partyzantów, nie należących do regularnych sił zbrojnych. Obowiązujące wówczas prawo wojny nie stało w sprzeczności z fizyczną likwidacją niekombatantów pojmanych z bronią w ręku na polu walki. Zresztą nie inaczej postępowały siły niemieckie w przypadku schwytania w krajach okupowanych partyzantów lub członków ruchu oporu. W tej wojnie niestety zabrakło zarówno jednej, jak i drugiej stronie zwykłego humanitaryzmu.     


Łeba w okresie wojny. Opis na odwrocie fotografii informuje, że oddział Wehrmachtu udaje się na ćwiczenia strzeleckie. W tle dom kuracyjny.

   Wróćmy po tej dygresji do miasteczka. Łeba została zajęta bez jednego strzału, o czym zgodnie relacjonowali dawni mieszkańcy. Pisanie w radzieckich komunikatach wojennych o ,,ważnej bazie i zdecydowanym ataku”, jest zweryfikowaną po latach nieprawdą.

   Łeba w istocie jeszcze kilka tygodni wcześniej była ważną bazą z uwagi na istnienie w mieście Rakietowej Stacji Doświadczalnej, ale w momencie wkroczenia Armii Czerwonej było już dawno po ewakuacji urządzeń i pracowników. Jednak najciekawszym faktem jest to, że Sowieci w ogóle nie mieli pojęcia o jej istnieniu! Dopiero trzeciego dnia po zajęciu Łeby trafili do stacji, początkowo w ogóle nie zdając sobie sprawy z jej dotychczasowego przeznaczenia.  

   W tym miejscu chciałbym zadać kłam niektórym publikacjom usiłującym przekonać, że na wkraczające jednostki radzieckie przed magistratem czekał burmistrz Post. Fakty są takie, że kilka godzin wcześniej przekazał on klucze od urzędu jednemu z pracowników, Fritzowi Brüschke i zabierając kasę miejską udał się wraz z szefem miejscowej organizacji partyjnej (niem. Ortsgruppenleiter) w nieznanym kierunku. 

   Po kilku godzinach od wkroczenia patrole kozackie dotarły na wydmy do obozowiska uchodźców i nakazały im powrót do domów. Każdy musiał trzymać w ręku kawałek białego materiału na znak poddania się.  Nie wszyscy posiadali białe chusteczki, więc darto na kawałki pościel albo używano bielizny. 

   Przemarsz do miasta odbywał się w miarę spokojnie i nie zanotowano przypadków gnębienia ludności przez najeźdźców. Dopiero po przejściu mostu na kanale Chełst widać było ślady działalności zwycięzców. Porozbijane drzwi wejściowe do domów, zdewastowane bramy,  wszędzie porozrzucane sprzęty domowe i ślady plądrowania, to obraz po ,,zdecydowanym ataku”. 

   W okresie PRL-u (a czasami i teraz) używano określenia "wyzwolenie Łeby”. Nikt się wówczas nie zastanawiał, że wyzwalanie czegoś, co było niepodległe i nieokupowane przez obce wojska, zakrawało na absurd. Przecież Niemców nie można wyzwalać od... Niemców. Łeba w dniu wkroczenia wojsk radzieckich od kilkuset lat była miastem niemieckim i Niemcy byli tu u siebie. Dlatego właściwym określeniem będzie nie wyzwolenie, a wkroczenie lub zajęcie.  
 
   Dawny mieszkaniec Łeby, księgowy z miejscowego tartaku - Artur Schulz, w relacji zanotowanej w 1950 roku tak opisuje wkroczenie Sowietów do Łeby:
 
   ,,Na ulicach i dużych podwórzach stały tabory, a konie były przeważnie poprzywiązywane do drzew na chodnikach. Wszędzie porozrzucane śmieci, porozbijane różnego typu przedmioty, pozrywane przewody elektryczne i telefoniczne. Pomiędzy tym wszystkim sowieccy żołnierze i ukraińscy robotnicy przymusowi plądrowali mieszkania i szukali kobiet. Również na dużym podwórzu przed moim domem stały pojazdy, konie, krowy i żołnierze (...). Kuchnia w moim domu przypominała chlew. Przy stole ucztowali i pili żołnierze. Na podłodze były rozrzucone naczynia, butelki z obtłuczonymi szyjkami, papiery, bielizna itd... Natychmiast zabrali mi zegarek, podobnie jak wysokie buty, które zostały "zarekwirowane”. Brakowało niemal wszystkich ubrań, łącznie z damskimi i dziecięcymi ciuszkami...”
 
   Tego typu relacje nie są odosobnione i nie dotyczą tylko ludności niemieckiej. Bardzo podobnie zachowywali się wyzwoliciele również na ziemiach polskich. Po wkroczeniu do pewnej kociewskiej wsi, gdzie mieszkali moi dziadkowie, spalili zupełnie bez powodu kilka gospodarstw. W domu dziadków powiesili na belce sufitowej niewypatroszoną świnię, a pod nią rozpalili ognisko ze snopków słomy. Tylko cudem zagroda nie poszła z dymem. 

   Babcia czasami wracała opowieściami do czasów wojny i wkroczenia Armii Czerwonej. Mówiła, że najgorzej było zaraz po wejściu oddziałów frontowych. Dopiero w kilka dni po ich odjeździe przybyły jednostki zaplecza i zachowanie wyzwolicieli było bardziej znośne. Wiesław Brzoskowski w znakomitej monografii podgdańskiego miasteczka Skarszewy w powiecie starogardzkim pisze:

,,Do dzisiejszego dnia zetknięcie z radzieckimi wyzwolicielami, budzi mieszane uczucia. Wspominający ten dzień zgodnie podkreślają, że żołnierze Armii Czerwonej traktowali tę ziemię jak teren zdobyczny. Wręcz masową skalę osiągnęły rekwizycje żywności i cenniejszych przedmiotów domowych. Najgorsze były pierwsze dni ,,wolności”, w których na miejscowej ludności dokonywano szeregu gwałtów, zwykłych grabieży, a nawet mordów. Dopiero po kilku dniach nadciągnęły bardziej "cywilizowane" wojska radzieckie, których dowódcy dbali o zachowanie konwencji wojennych...” * .
  ____________
*  Wiesław Brzoskowski “Historia Skarszew” rok wyd. 1997

  Nie jest moim zamiarem  dokonywanie rozliczeń z historią i świadome kreślenie negatywnego wizerunku Armii Radzieckiej. Uważam, że sprawdzone i udokumentowane fakty wchodzące w zakres niniejszego opracowania, powinny w imię prawdy historycznej ujrzeć światło dzienne.
 
Posłuchajmy kolejnego fragmentu wspomnień Artura Schulza:   
      
   ,,Ponad siedemdziesięcioletni mistrz dekarski August Steffke został zastrzelony w oknie swojego domu, ponieważ groził sowieckiemu żołnierzowi laską, gdy ten wyłamywał bramę posesji. Syn właściciela młyna Birka leżał w łóżku ze złamaną nogą i został zastrzelony na oczach ojca, a jego trzynastoletnia siostra została zgwałcona. Również moja teściowa została zgwałcona, kiedy próbowała bronić swojej młodszej córki (...). Komendant miejscowego SA, Sturmführer Hans Weith zastrzelił się przed południem na wydmach, a przedtem zastrzelił swoją ciężarną żonę i troje dzieci (...). 

   Frau Gemkow z Hindenburgstrasse w panicznym strachu związała się sznurem ze swoimi dwoma synami i rzuciła z mola do morza. Tylko starszy syn uwolnił się z więzów i dopłynął do brzegu. Żona kupca Karla Schmiedeberga podcięła dwójce swoich dzieci żyły i sama próbowała popełnić samobójstwo. Tylko przypadek zrządził, że będący w pobliżu rosyjski lekarz wojskowy mógł ją uratować, niestety tylko ją...”
 
  
    Takich tragicznych zdarzeń autor wspomnień przytacza więcej. Trudno precyzyjnie powiedzieć, ile ofiar pociągnęły za sobą pierwsze dni po wkroczeniu Sowietów do Łeby? Z różnych relacji  wynika, że mogło być ok. 30 przypadków zastrzelenia osób cywilnych i samobójczych śmierci oraz liczona w dziesiątki, bliżej nieokreślona liczba gwałtów.

   Niektórych ofiar można było uniknąć. Jako przykład chciałbym podać pewnego nastolatka, który "powitał" Sowietów w swoim domu wyciągniętą prawą ręką i pozdrowieniem heil Hitler, będąc w pełnym umundurowaniu Hitlerjugend. Innym przykładem niech będzie pewien pracownik magistratu, w domu którego znaleziono broń, amunicję i mundur członka NSDAP. Obaj wymienieni zostali zastrzeleni. Podobnych przypadków można wymienić jeszcze kilka.

    Na miejscowym cmentarzu wykopano masowy grób, w którym pochowano około 30 cywilnych ofiar*. Wiele kobiet zaszło w ciążę albo zostało zarażonych chorobami wenerycznymi. Straty wojenne Łeby wraz z poległymi na froncie i zmarłymi w niewoli żołnierzami, szacuje się na ok. 6 proc. W liczbie tej zawierają się również osoby wywiezione przez Sowietów, które zmarły w więzieniach i obozach lub słuch o nich zaginął.

   W 1996 roku jeden z dawnych mieszkańców dokonał przeglądu archiwalnych zasobów Urzędu Stanu Cywilnego w Łebie, pod kątem żołnierzy poległych w II wojnie św. Według tych danych z gminy Łeba poległo 51 żołnierzy, w tym 36 z miasta i 15 z Żarnowskiej. Z całą pewnością są to dane dalece niepełne, gdyż ostatniego zapisu dokonano pod datą 10 października 1944 roku. Jak wiadomo z historii powszechnej, w ostatnim roku wojny niemieckie straty na frontach były większe niż w ciągu dotychczasowych pięciu lat.

   Stan ksiąg USC w Łebie odzwierciedla chaos i załamanie III Rzeszy w ostatnich miesiącach wojny. Dowódcy odpowiedzialni za powiadamianie rodzin o poległych na froncie żołnierzach, często nie znajdowali na to czasu lub nie mieli możliwości powiadomienia. Dopełnieniem tego była nieregularna działalność poczty i nierzadko utrata przesyłek**).
____________
*) Willi Gillmann ,,Chronik der Stadt Leba”, Kiel 1998
**) BdL - Buergerbrief nr 25 z 1996 r.
 


Życie w zajętym mieście



  Oddziały, które wkroczyły do miasta rankiem 10 marca (sobota), jeszcze tego samego dnia wieczorem je opuściły nie pozostawiając patroli, z wyjątkiem dwóch wartowników na molo. Do rana panował względny spokój i ludzie, którzy ukrywali się po różnych zakamarkach mogli wyjść do swoich. Najgorsza była niepewność jutra, bo wszyscy wiedzieli, że zajęte  miasto nie pozostanie bez komendantury wojskowej. 
 
  W nocy miało miejsce ciekawe wydarzenie. Jak podaje Willi Gillmann, z portu w Łebie wypłynął kuter rybacki "Leba 45" z 40 osobami na pokładzie.
Był to akt nieprawdopodobnej desperacji i odwagi, dokonany pod nosem żołnierzy sowieckich. Właścicielem kutra był Fritz Krüger, mieszkający nad kanałem portowym przy obecnej ulicy Abrahama. 

   Jak to się stało, że uciekinierzy nie zostali zauważeni przez wartowników? W jednej z relacji naocznego świadka czytamy, że obaj krasnoarmiejcy ożłopali się zdobycznego alkoholu i zwyczajnie zasnęli na posterunku. Z innej relacji wynika, że alkohol został im podsunięty. Dobę wcześniej, a więc zanim Sowieci wkroczyli do Łeby, z portu wypłynął szkuner "Herbert" z 50 osobami na pokładzie oraz kilka kutrów z uciekinierami.
 
   W niedzielę 11 marca w godzinach porannych do Łeby przybyła nowa jednostka sowiecka i znowu zapanowała panika, strach i bezsilność. Wiele osób ponownie uciekło i szukało schronienia na wydmach. Tylko tam było w miarę bezpiecznie, ale jak długo można koczować w zimie pod gołym niebem? Nowe wojsko w niczym nie ustępowało brutalnością wczorajszym zdobywcom. Scenariusz z rabowaniem, plądrowaniem, niszczeniem, gwałtami i strzelaniem do cywilów, był lustrzanym odbiciem dnia poprzedniego.

   Dowódca zarządził porządkowanie miasta i wyznaczył osoby do obsługi taborów, obrządzania i dojenia krów, czyszczenia zajętych obór i stajni. Zarządzono godzinę policyjną od 20. do 8. rano, z jednoczesnym wprowadzeniem czasu moskiewskiego, jako obowiązującego. Zegary przestawiono o dwie godziny do przodu. Dodatkowo wszyscy Niemcy przebywający na ulicach i w innych miejscach publicznych, musieli nosić białą opaskę na lewym ramieniu. Zarządzenie to obowiązywało również w kolejnych miesiącach.

   12 marca do Łeby przybył oddział w sile dwóch plutonów do objęcia komendantury. Niektórzy dawni mieszkańcy podawali datę 13 marca. Na swoją siedzibę zajął budynek obecnego urzędu miasta, gdzie urządzono biuro komendanta i kwatery dla wojska. Dowodzący nim oficer jest opisywany jako człowiek zdyscyplinowany i nie tolerujący żadnego rodzaju  gwałtu na ludności cywilnej. Oczywiście nie wszyscy żołnierze skrupulatnie przestrzegali jego rozkazów, ale generalnie napięta sytuacja uległa pewnemu odprężeniu.

   Potwierdzeniem tych słów niech będzie postępowanie wobec dwóch żołnierzy sowieckich, którzy 17 marca dopuścili się gwałtu na młodej Niemce. Jednego z nich, który był prowodyrem zajścia kazał powiesić, a drugiego zdegradował.

   Dawny mieszkaniec Łeby, Max Rademske (1930-2012), opowiedział mi pewną historię związaną z adiutantem komendanta o imieniu Wiktor. Był to młody, może 25-letni chłopak odbity przez czerwonoarmistów z niewoli, który dzięki opanowaniu w obozie jenieckim języka niemieckiego, został mianowany tłumaczem i adiutantem. 

   Piętnastoletni wówczas Max wszedł w posiadanie jakiegoś porzuconego motocykla. Naprawił go, wypucował i próbował na nim jeździć. Pewnego dnia zauważył to Wiktor i z miejsca zapałał wielką miłością do motoryzacji. Przekonywał chłopca, że nie ma sensu, aby posiadał motocykl, bo i tak zostanie on zarekwirowany przez armię, więc lepiej oddać go jemu. Siła władzy i argumentów przekonały Maxa, który z ciężkim sercem oddał pojazd.

   Ucieszony adiutant, jako Kozak miał dużą wprawę w dosiadaniu konia, ale ze stalowym rumakiem nie poszło mu tak gładko. Jego pierwsza jazda zakończyła się całkowitym zdemolowaniem szopy na jednym z podwórek przy obecnej ulicy 1 Maja, gdyż nie wiedzieć czemu, tam go właśnie poniosło. Chłopiec po tej dziewiczej przejażdżce tłumacza stwierdził z satysfakcją, że motocykl nie nadaje się już do naprawy.  

   Powoli stabilizowało się życie w mieście. Komendant z nieznanych powodów powołał na stanowisko burmistrza Richarda Knoopa, z zawodu murarza - człowieka, który wcześniej nie był związany ze sprawowaniem jakichkolwiek stanowisk w administracji. Jednym z pierwszych posunięć reaktywowanego magistratu było wprowadzenie reglamentacji żywności.

   Zgromadzone wcześniej zapasy, jak i możliwość ich uzupełniania w okolicznych majątkach sprawiały, że nie było większych problemów z zaopatrzeniem w chleb, kartofle i mięso. Tak było przynajmniej w początkowym okresie. Z czasem podaż mięsa uległa załamaniu, ze względu na niekontrolowany ubój zwierząt na potrzeby Armii Czerwonej i konieczność zaopatrywania innych rejonów. Jeden z dawnych mieszkańców tak pisze w swoich wspomnieniach o aprowizacji w mieście:

  ,,W latach 1945-46 w zastępstwie oleju stosowano tran. Kiedy robiono placki ziemniaczane, nasza ulica śmierdziała  tranem aż do mostu. Dla wielu ludzi dorsz był jedynym mięsno-rybnym pożywieniem. Ludzie z dalekiej okolicy szli piechotą przez Lębork do Łeby, żeby zdobyć dorsza. W związku z tym na nabrzeżu przy kanale rozgrywały się dramatyczne sceny. /.../. Flądry i kilka skrzyń dorszy było przeważnie ukrytych na kutrach i nie były odstawiane Rosjanom na drugą stronę kanału, tam, gdzie znajdują się wędzarnie. Po przybyciu kutra do nabrzeża, wielu ludzi się przepychało dla zdobycia jednej ryby... W późniejszym okresie Rosjanie sami przejęli rozdział ryb, a kolejka sięgała czasami do mostu. Wyglądało to w ten sposób:
 
  Na pytanie: Niemiec? Odpowiadano: da (tak), albo pokazywano skinięciem głowy i otrzymywano rybę. Jeżeli ktoś nieostrożnie odpowiedział: niet (nie) Polak, wówczas Rosjanin wyskakiwał i przeganiał biedaczynę. Było nam ich szkoda, więc instruowaliśmy Polaków, żeby w żadnym przypadku nie mówili, że są Polakami” *.

____________
* BdL - Buergerbrief nr. 34 
 
   21 marca komendantura zarządziła zbiórkę wszystkich aparatów radiowych w mieście. Status tych odbiorników był niejasny. Nikt tak naprawdę nie wiedział, czy zostały one zarekwirowane, czy tylko zabrane ,,na przechowanie”. W każdym razie do właścicieli już nie wróciły. W tej akcji chodziło przede wszystkim o pozbawienie ludności niemieckiej dostępu do informacji z Rzeszy. Z całą pewnością nie wszyscy zastosowali się rygorystycznie do tego zarządzenia, o czym wspominał jeden z moich rozmówców. Akcja ta zrodziła pogłoskę, o mającym wkrótce nastąpić przywróceniu zasilania w energię elektryczną, które jednak nie nastąpiło.

Przeczytajmy kolejny fragment wspomnień pani Schwark-Panitzke, dotyczący okresu po przejściu frontu:

    "Po przejściu frontu Rosjanie zostawili w Steknicy i w okolicznych wsiach po jednym posterunku. Dopiero wtedy odważyliśmy się opuścić nasz azyl. Nastał straszny i niespokojny czas. Rosjanie plądrowali wszędzie, gdzie się dało i kradli wszystko, co wpadło im w ręce. Zegarki, obrazy, odzież, naczynia, sztućce, dosłownie wszystko. Po jakimś czasie Rosjanie opuścili wieś, a zjawili się Polacy. Zajęli oni najlepsze domy, a nas przegnali, więc zakwaterowaliśmy na piętrze w gospodzie pana Boyke. Pod nami w gospodzie mieszkało polskie małżeństwo. Byli bardzo miłymi ludźmi. Ojciec podarował im jakieś narzędzia, co jeszcze bardziej poprawiło stosunki z nimi. 

  
Z zaopatrzeniem w żywność było katastrofalnie, więc ojciec z tym Polakiem poszli w wielkiej tajemnicy do naszego schowka, żeby nikt ich nie zobaczył, bo całe zapasy by przepadły. Również w domu naprzeciwko, u Martensów, mieszkało starsze polskie małżeństwo. Robiłam dla nich różne drobne przysługi, za co dawali mi czasami jajek, albo innej żywności. Pewnego dnia po mojego ojca przyszli Rosjanie i pod lufami karabinów, zawlekli go do domu Martensów. Tam usłyszał zarzuty, że jest esesmanem i zamordował wielu Rosjan. W tym momencie włączyli się nasi sąsiedzi Polacy oraz ci z domu Martensów i przekonali żołnierzy, że nie mają racji i żeby odstąpili od swoich zamiarów. Finał był taki, że ojca ciężko pobili, ale puścili wolno".
 
   Przed Wielkanocą, która w 1945 r. przypadła 1 kwietnia, część mieszkańców została zmuszona do opuszczenia miasta i skierowana do okolicznych wsi. Wysiedlenie miało związek z możliwym ostrzałem Łeby przez okręty Kriegsmarine, ponieważ Sowieci ustawili na wydmach nadmorskich baterię artylerii nadbrzeżnej.

   Von Zychlinski w dzienniku zapisał, że w czasie 5-dniowej akcji wywieziono połowę mieszkańców. Pozostali łebianie, którym pozwolono pozostać w mieście, pracowali na potrzeby Rosjan, w rybołówstwie, aprowizacji, przetwórstwie, usługach itp. Również miejscowi rolnicy pozostali na swoich gospodarstwach.

   Dobytek wysiedleńców został zarekwirowany przez komendanturę. Maszyny i urządzenia z zakładów i warsztatów, które przedstawiały jakąkolwiek wartość, pakowano na samochody i wywożono w nieznanym kierunku, którego każdy pewnie się domyśla. Rekwizycje w dużym stopniu dotknęły też okolicznych chłopów, którym pozabierano maszyny rolnicze i wywieziono do Związku Radzieckiego.

   Po 2 tygodniach pierwsi wyeksmitowani na wieś łebianie, pomimo grożących sankcji, postanowili na własną rękę powrócić do miasta. Ku zaskoczeniu wszystkich, powroty te z niewiadomych przyczyn odbywały się bez żadnych konsekwencji. Siłą rzeczy były one zachętą i przykładem dla innych. Komendantura tolerowała ten proces, aż w końcu obwieściła, że każdy kto chce może wracać. Po 6 tygodniach wszyscy mieszkańcy powrócili.
  
    Na początku maja przybyli do miasta funkcjonariusze NKWD - Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRR. Rozpoczęły się pierwsze przesłuchiwania i aresztowania. Niektórych mieszkańców wywożono w nieznanym kierunku,  część z nich znalazła się w radzieckich obozach pracy na Syberii. Po niektórych słuch zaginął na zawsze.   

   Dużym problemem dla mieszkańców, zakładów i administracji był w dalszym ciągu brak prądu elektrycznego i bieżącej wody. Ktoś wpadł na pomysł, żeby do wytwarzania energii wykorzystać agregat prądotwórczy z centrali telefonicznej. Sprawa od początku nie była prosta, gdyż używany do napędu generatora silnik dieslowski wymagał oleju napędowego, a z nim było krucho. 

   Stare powiedzenie mówi, że potrzeba matką wynalazków, więc i tu zastosowano niecodzienny ,,patent”. Postanowiono wykorzystać lokomobilę z podcharbrowskiego tartaku. To urządzenie nie było niczym innym, jak przewoźną maszyną parową na kołach. Kolejny problem stanowiło jej sprzężenie z prądnicą, gdyż do założenia pasa transmisyjnego trzeba było wybić wielki otwór w ścianie i obrócić generator o 90 stopni. 

   Próba generalna wypadła pomyślnie, więc przystąpiono do zakładania prowizorycznej instalacji. Mała moc tego agregatu nie pozwalała na podłączenie do sieci ogólnej, dlatego wytypowani odbiorcy posiadali swój niezależny kabel. W pierwszej kolejności przyłączono komendanturę miasta, magistrat, wodociągi i kwaterę komendanta. Zamieszkiwał on w jednym z domów przy dzisiejszej ul. Kościuszki, w pobliżu skrzyżowania z ul. 11 Listopada.

   W następnej kolejności przyłączono mieszkania zajmowane przez pracowników administracji i w końcu niektóre zakłady rzemieślnicze. Na podwórzu centrali kłębiły się zwoje kabli telefonicznych, bo tylko takimi dysponowano i chyba tylko cudem nikogo nie poraziło, że o zwarciu i przepaleniu instalacji nie wspomnę.
   
   Przy tak dużym poborze mocy konieczna była reglamentacja. Na przykład stacja pomp działała tylko przez dwie godziny dziennie. Odbiorcy pobierający wodę na krańcach sieci mieli najgorzej, bo tam nie dochodziło już ciśnienie i trzeba było się naczekać, aby napełnić wiadra. Próbowano jakoś temu zaradzić i najpierw włączano wszystkie trzy hydrofory, a dopiero po pewnym czasie  jednocześnie otwierano zawory na miasto. W normalnych warunkach do zapewnienia ciśnienia w sieci wykorzystywano dwie pompy, a trzecia była rezerwowa. 

   Początkowo do palenia pod kotłem lokomobili wykorzystywano zapasy węgla z portu. Te jednak wkrótce się skończyły i zaczęto palić drewnem. Tak poszły z dymem drewniane baraki  mieszkalne, należące do dawnej Rakietowej Stacji Doświadczalnej i przeróżne szopy, wykorzystywane wcześniej przez Wehrmacht.

   Przy obciążeniu generatora do granic wytrzymałości, palenie drewnem nie zapewniało odpowiedniego ciśnienia pary i napięcie w sieci spadało. Żarówki ledwo świeciły i w rytm pracy maszyny parowej raz przygasały, by po ułamku sekundy znowu rozbłysnąć. W nocy pomiędzy pierwszą a piątą rano agregat zatrzymywano w celu przeprowadzenia smarowania i konserwacji oraz co istotne, dla oszczędności opału *).

    Von Zychlinski zapisał w dzienniku, że 24 lipca zaczęły działać wodociągi. Dzięki temu wiemy kiedy uruchomiono tę prowizoryczną elektrownię.  
____________
*) Opracowano na podstawie wspomnień byłego mieszkańca Łeby  Manfreda Lawrenza.

  

Osadnicy


    Pierwsi Polacy przybyli do Łeby w kwietniu 1945 roku. Wizja rychłego zwycięstwa i szeroka akcja propagandowa polskiego Rządu Tymczasowego (po 28 czerwca - Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej) o zasiedlaniu Ziem Zachodnich i Północnych spowodowała powolny, lecz ciągły napływ osadników. Nie zawsze były to osoby o nieposzlakowanym życiorysie. Wówczas tereny ,,odzyskane” penetrowały rzesze szabrowników, które kradły to, czego nie wywieźli
Sowieci.

   Jest mi znane nazwisko i adres pewnego mieszkańca z ulicy Kościuszki, który był jednym z pierwszych osadników. Nie dość, że człowiek ten przegnał dotychczasowego właściciela nieruchomości, to jeszcze szabrował po okolicznych, zamieszkałych domach i w żywe oczy kradł. Jego nieodłącznym atrybutem był kilkukrotnie złożony łańcuch do wiązania bydła, którym okładał on Niemców broniących swojego dobytku. Potomkowie przytoczonego szabrownika mieszkają w Łebie do dziś.

   Zrozumiała nienawiść za krzywdy wojny często przybierała charakter odwetowy, skupiający się na ludności cywilnej. Oczywiście nie wszyscy przybysze byli typami spod ciemnej gwiazdy. Przeważali ludzie uczciwi i pracowici, których zagmatwana historia rzucała na Pomorze.

    W okresie powojennym używało się swoistej nowomowy i określano te tereny, jako ziemie odzyskane, prastare ziemie piastowskie, czy przywrócone polskości. Jeszcze i teraz słychać gdzieniegdzie takie głosy. Owe określenia wymyślono na potrzeby wprowadzanych w życie postanowień konferencji jałtańskiej i poczdamskiej. Wielu współczesnych historyków jest zgodnych, że tzw. Ziemie Odzyskane były zwyczajną rekompensatą za zagrabione przez Stalina tereny polskie na wschodzie, do której dorobiono sloganową ideologię w celu oddalenia ewentualnych roszczeń. 


 





   Polska administracja cywilna, poczta i milicja rozpoczęły pracę w połowie maja 1945 roku.  Pierwszym komendantem  milicji został Jan Majchrzak. Na pomieszczenia posterunku zajął on narożny budynek przy obecnej ul. Kościuszki 48. Wcześniej policja niemiecka nie miała osobnego budynku i zajmowała jedno z pomieszczeń w magistracie przy głównej ulicy (Kościuszki 95). 

   Dosyć niecodzienne warunki pracy miała miejscowa poczta. Mianowicie nie działało jeszcze połączenie kolejowe i transport przesyłek do i z Lęborka odbywał się na... rowerze. Dopiero od 10 lipca zaczęły regularnie kursować pociągi i oprócz listów, można było transportować paczki. Odbiór korespondencji do ostatnich tygodni 1945 roku odbywał się na poczcie, gdyż nie było jeszcze listonosza. 

   Wówczas w mieście panowała swego rodzaju trójwładza. Niemcy mieli swojego burmistrza (Richard Knoop), Polacy swojego, a zwierzchnictwo nad nimi sprawował sowiecki komendant, lejtnant Parszkow. Z nominacji Pełnomocnika Rządu RP w Leborku, pierwszym polskim szefem administracji został Feliks Kałużyński.



14 maja 1945 r. pierwszym polskim burmistrzem Łeby został Feliks Kałużyński. Stanowisko to pełnił zaledwie 2 tygodnie.

   W sierpniu liczba polskich osadników wynosiła kilkadziesiąt, lecz powoli i ciągle przybywali nowi. Było już po Konferencji Poczdamskiej (lipiec-sierpień 1945 r.), na której mocarstwa alianckie: Wielka Brytania, USA i ZSRR ustaliły powojenny układ granic i porządek w Europie. Tam też zapadły decyzje, dotyczące wysiedlenia Niemców za Odrę. Ustalenia te miały charakter prawno-międzynarodowy, dlatego polscy osadnicy żywili nadzieję, że ich sytuacja na Ziemiach Odzyskanych będzie uregulowana zgodnie z zapowiedziami polskiego rządu.

   Władze zachęcały do zamieszkiwania na nowych terenach, obejmowania mieszkań, domów, sklepów, warsztatów i gospodarstw. Jednakże nie spotkało się to z powszechnym entuzjazmem. Część społeczeństwa z niepokojem wyrażała się o trwałości tych ustaleń z obawą, że kiedyś będą zmuszeni do opuszczenia nowych siedzib. Atmosfera tymczasowości i lęk przed nieznanym, były czynnikami spowalniającymi proces powojennego osadnictwa na północy i zachodzie kraju.

   Nowi mieszkańcy tych ziem wywodzili się z dawnych obszarów kresowych, centralnej Polski i okolicznych powiatów. Początkowo akcja osiedleńcza była prowadzona bezplanowo, z minimalnym oddziaływaniem administracji państwowej. W praktyce osadnik przyjeżdżał do miasta, wyszukiwał sobie wolne mieszkanie albo dom i najczęściej umieszczał na drzwiach kartkę z napisem ,,zajęte” lub wywieszał na dachu polską flagę. Potem szedł do Zarządu Miasta, gdzie bez problemów się meldował i odbierał klucze, o ile urząd nimi dysponował.

   W pierwszej kolejności w Łebie zostały zajęte domy w dzielnicy willowej,  gdyż najczęściej należały one do osób stale zamieszkałych w innych miejscowościach i stały puste. Znajomi mojej rodziny opowiadali, że po przybyciu pod koniec 1945 roku do Łeby zajęli prawie kompletnie umeblowane i wyposażone mieszkanie. 

Prześledźmy chronologię wydarzeń w Łebie od maja 1945 do stycznia 1946 roku:

- początek maja - przybycie do miasta funkcjonariuszy NKWD. Przesłuchania, niekiedy aresztowania i wywózka byłych działaczy partyjnych, SS i SA. Zdarzały się przypadki niesłusznych aresztowań ludności cywilnej,

- połowa maja - utworzenie Zarządu Miejskiego w Łebie i podjęcie pracy przez 6-osobową administrację polską pod kierownictwem Feliksa Kałużyńskiego. Wraz z polskim burmistrzem do miasta przybyło 12 osób do obsadzenia stanowisk w instytucjach publicznych.

- 16 maja Jan Wilma uruchomił urząd pocztowy,

- 18 maja utworzono posterunek Milicji Obywatelskiej, komendantem został Jan Majchrzak,

- 19 maja oddział radziecki stacjonujący w mieście został znacznie zredukowany.

- 20 maja otwarto polską szkołę pod kierownictwem Waiherta (po kilku dniach kierownictwo przejął Stefan Żak). Janina Studzińska i Regina Zięba były pierwszymi nauczycielkami. Do szkoły zapisano 6 polskich dzieci.

- 8 czerwca szkołę w  Żarnowskiej objął kierownik Antoni Jastrzębski

- 1 lipca w Łebie świętowano Dni Morza, na które przybyło z szerokiej okolicy ok. 200 Polaków. W Domu Kuracyjnym przygotowano dla nich posiłki.

- 10 lipca ponownie uruchomiono regularne połączenia kolejowe z Lęborkiem,

- 24 lipca ponownie uruchomiono wodociąg miejski,

- w lipcu uruchomiono restaurację,

- w sierpniu przystąpiono do zmian nazw ulic na polskie,

- w mieście utworzono polski Urząd Celny, którego pierwszym kierownikiem został Józef Daszyński

- 25 sierpnia niemiecki burmistrz dokonał ostatniego wpisu po niemiecku w dokumentach magistratu. Zapis dotyczył zgonu 4-miesięcznego dziecka - córki księgowego z miejscowego tartaku,

- koniec sierpnia - zlikwidowano urząd burmistrza niemieckiego wraz z administracją,

- we wrześniu uruchomiono kuchnię PCK w hotelu ,,Noffke” (Kościuszki 66). Do szkoły uczęszczało 8 polskich dzieci. Polski proboszcz o. Cieślik zaczął odprawiać nabożeństwa katolickie w zaadaptowanej na kaplicę hali sportowej. Pierwsze pojedyncze wysiedlenia rodzin niemieckich z Łeby i  Żarnowskiej za Odrę,

- 13 października. Do tego dnia ok. 50 niemieckich rodzin z własnej woli opuściło miasto, udając się w głąb powojennych Niemiec. Przedtem wszyscy musieli podpisać deklarację, że ich wyjazd miał charakter dobrowolny. W obliczu mających niebawem nastąpić przymusowych wysiedleń, w niektórych wypadkach władze ową "dobrowolność" wymusiły.

- 11 listopada utworzono z nominacji polską Miejską Radę Narodową. Przewodniczącym został Mieczysław Reiff.

- w listopadzie do szkoły chodziło 49 polskich dzieci, pracowały 4 nauczycielki,

- 7 grudnia przywrócono czas środkowoeuropejski, który Sowieci zastąpili po zajęciu miasta czasem moskiewskim. Zegary cofnięto o 2 godziny,

- w grudniu pracę podjął pierwszy polski listonosz,

- w styczniu 1946 roku do Łeby przybył pierwszy polski lekarz, dr Lucjan Greczko.

dr Lucjan Greczko - ur. 24.12.1909 r. w Tuapse nad Morzem Czarnym (Rosja). Syn wcielonego do armii carskiej lekarza Stanisława Greczko i polskiej arystokratki, Ludwiki z Korycińskich. W roku 1918 powrócił wraz z ojcem i bratem Rudolfem do Polski. Natomiast matka za działalność antyrewolucyjną przebywała w więzieniu, gdzie spędziła 10 lat po czym wróciła do Polski. W styczniu 1946 roku dr Lucjan Greczko przybył do Łeby, jako pierwszy polski lekarz. W okresie powojennym oprócz pracy zawodowej był  społecznikiem, m.in. aktywnym działaczem Ligi Ochrony Przyrody. Zmarł 24.06.1986 r.
 
 

W tym domu przy ul. Kościuszki 48, mieścił się pierwszy po wojnie posterunek Milicji Obywatelskiej. Właścicielką budynku była Anna Schmidt, prowadząca na parterze sklep mięsny.
                                                                                                                                    Foto: Jacek Łakis


 

Struktura osadnicza w mieście (bez  Żarnowskiej) na dzień 31 stycznia 1949 roku wyglądała następująco:

- ogółem ludności polskiej - 1323 osoby,
 
  w tym:

- ludność rodzima (autochtoni) - 43 osoby,

- repatrianci - 257 osób,

- przesiedleńcy - 1023 osoby.

   Ludność niemiecka - 5 osób *.

Spis ludności przeprowadzony w 1950 roku, wskazywał na następujące tereny pochodzenia ludności w powiecie lęborskim:

- ludność rodzima (autochtoni) - 7,4 proc.,

- z województwa gdańskiego - 29,4 proc. (najczęściej z powiatów: kartuskiego, wejherowskiego i puckiego),

- repatrianci z ZSRR - 17 proc. (osiedlali się głównie w Lęborku),

- z województwa lubelskiego - 8,4 proc.,

- z województwa bydgoskiego - 8,2 proc.,

- Warszawa i woj. warszawskie - 8,3 proc.,

- Łódź i woj. łódzkie - 6,1 proc.,

- województwo kieleckie - 6,7 proc ** .
 ____________
*  wg J. Lindmajera i T. Machury “Dzieje Lęborka” praca zbiorowa - 1982  
** Tamże  

  Rozwój struktur administracyjnych na terenie Ziem Odzyskanych, zapoczątkowało powołanie w marcu 1945 roku czterech pełnomocników Rządu Tymczasowego na terenie Pomorza Zachodniego, Prus Wschodnich, Dolnego i Górnego Śląska. Do bezpośredniej pracy tworzyli oni grupy operacyjne, których zadaniem było organizowanie struktur administracji państwowej i bezpieczeństwa na wymienionych obszarach. Niezależnie od tych uregulowań, podobne grupy  tworzyła komunistyczna Polska Partia Robotnicza i często dochodziło do nieporozumień na tle podziału kompetencji.

   Przybycie zespołu partyjnego do Lęborka jest datowane na 10 kwietnia 1945 roku, a dwa tygodnie później przyjechała grupa rządowa. Nie wie prawica co robi lewica. Pełnomocnik rządu RP obywatel Władysław Szczęśniak zrobił wielkie oczy, kiedy zastał tu funkcjonującą administrację. Działała milicja powiatowa, Urząd Ziemski i nawet posada pełnomocnika obwodowego, którą on miał pełnić została konkurencyjnie obsadzona przez towarzysza z PPR-u. 

   Dekretem z 30 marca 1945 roku zostało utworzone województwo gdańskie*). W jego składzie nie znajdziemy jeszcze powiatu lęborskiego. Nastąpiło to dopiero 7 lipca 1945 r. w drodze Uchwały RM. Omawiany okres charakteryzował się intensywnym tworzeniem zrębów administracji polskiej na Ziemiach Odzyskanych. Chodziło o jak najszybsze ustanowienie władzy i administracji w terenie zupełnie jej pozbawionej. Powiat lęborski został podzielony na 2 miasta i 8 gmin, będących podstawowymi szczeblami administracji. 

   Z braku wykwalifikowanej kadry, bardzo często stanowiska urzędnicze powierzano ludziom zupełnie przypadkowym. Prywata, złodziejstwo, cwaniactwo i amatorszczyzna, to cechy przypisywane wielu działaczom wprowadzającym nowy porządek. Niekompetentnego urzędnika rzadko kiedy zastępowano  fachowcem, bo ich zwyczajnie nie było, więc brano kolejnego dyletanta i po paru miesiącach sytuacja się powtarzała. Rekordzistką na ziemi lęborskiej była gmina Cewice z 16 wójtami w ciągu trzech lat **). 
____________
* Dz.U. 1945 nr 11, poz. 57
** wg J. Lindmajera i T. Machury “Dzieje Lęborka” praca zbiorowa - 1982 


Jeden z licznych plakatów propagandowych, którymi polski rząd zachęcał do osiedlania się na tzw. ziemiach odzyskanych.




Wysiedlenia ludności niemieckiej


   We wrześniu 1945 roku rozpoczął się proces wysiedleń ludności niemieckiej za Odrę, który jeszcze nie miał charakteru masowego. W powiecie lęborskim pierwszy pociąg z wysiedlaną ludnością odprawiono w sobotę 8 września 1945 w Lęborku. Kolejny transport odszedł po tygodniu. Po kilku tygodniach akcja została zawieszona do wiosny.

Oficjalnie te działania niesłusznie nazywano repatriacją. Słowo to ma wydźwięk pozytywny i odnosi się do osób powracających do ojczyzny, z mniej czy bardziej przymusowej emigracji. Dlatego rząd polski dopuścił się nadużycia semantycznego, określając tym słowem również wysiedlenia Niemców za Odrę.

   Czy były to w takim razie wypędzenia? Dla wysiedlanych Niemców z pewnością były, bo jak inaczej mieli oni nazwać wyrzucenie ze swoich domów i stron rodzinnych, bez prawa powrotu? Obdarzając ten proces mniejszym ładunkiem emocjonalnym, można go nazwać deportacją, przesiedleniem, wysiedleniem, wywożeniem lub niefunkcjonującym w żadnym słowniku słowem depatriacja. Należy dodać, że wywózki odbywały się zazwyczaj w skrajnie niehumanitarnych warunkach, a środkiem transportu były przeważnie bydlęce wagony.

   W mieście zamieszkiwało 18 rodzin od co najmniej 250 lat, 10 rodzin od co najmniej 350 lat i jedna rodzina od co najmniej 450 lat. Na przykładzie Łeby  widać wyraźnie, że tzw. repatriacja nie dotyczyła emigrantów, w stosunku do których można by zastosować to określenie.

   Początkowo akcji wysiedleńczej w Łebie nie prowadzono w formie zorganizowanej i na masową skalę. To nastąpiło od kwietnia 1946 roku. Do tego czasu osoby wytypowane najczęściej były dołączane do innych transportów. Równolegle z wysiedleniami Niemcy
mieli możliwość dobrowolnego opuszczenia terytorium Polski, najczęściej udając się do krewnych w powojennych Niemczech.

   Do 13 października 1945 r. z tej formy wyjazdu skorzystało ok. 50 tutejszych rodzin. Przedtem jednak wszyscy musieli podpisać w Zarządzie Miejskim deklarację, że opuszczają miasto i udają się za Odrę dobrowolnie. W obliczu mających nastąpić przymusowych wysiedleń, przysłówek "dobrowolnie" należy rozumieć dwuznacznie. 

   Rok po zakończeniu II wojny św. r
odziny wysiedlane z Łeby i Żarnowskiej otrzymywały nakazy ,,repatriacji”, którego odpis z zachowaniem oryginalnej pisowni przedstawiam:
 
 
Starosta Powiatu Lęborskiego              Leba, dnia.......................         Pełnomocnik Rządu R.P.
 
   Do:
         Ob....................................................
           w.....................................................
Na podstawie art.10 pkt. b rozporządzenia Prezydenta R.P. z dnia 13 VIII 1926 r. o cudzoziemcach (Dz.U.R.P. 83 poz 464 i 465/26)
wzywam obywatela....................................................................
do opuszczenia granic państwa polskiego i udania się w związku z przeprowadzaną na tym terenie repatriacją ludności niemieckiej do Niemiec - na podstawie art. 12 powołanego zarządzenia i art. 75 pkt. 3 rozporządzenia Prezydenta R.P. z dnia 2 marca 1928 o postępowaniu administracyjnym (Dz.U R.P. 36 poz. 341/28) decyzja powyższa należy do swobodnego uznania władz i nie wymaga zatwierdzenia. Decyzja jest ostateczna i podlega wykonaniu.
 
 
Repatriowany może zabrać ze sobą:
 
1) Żywność na przeciąg 14 dni
2) Bagaż z przedmiotami osobistego użytku, nie przekraczający 40 kg wagi
3) 1000 RM na osobę pełnoletnią
 
               Pieczęć okrągła:                                         
 Starostwo Powiatowe w Lęborku                                Z up. starosty
 


    Proszę zwrócić uwagę, że podstawę prawną stanowiły akty wydane jeszcze w latach dwudziestych. Nie ma tu ani słowa o stronie organizacyjnej. W praktyce wskazane osoby kierowano osobnym pismem do punktu zbornego, skąd najczęściej transportem kolejowym przewożono za Odrę. Inną, mniej oficjalną i bardzo często stosowaną formą powiadomienia o wysiedleniu, było przyjście urzędnika do domu z ustnym nakazem opuszczenia mieszkania i dołączenia do transportu. 

   Nie zawsze pozwalano zaskoczonym mieszkańcom na zabranie bagaży, albo pozostawiano kilka do kilkudziesięciu minut na spakowanie. Za całość wysiedleń na terenie powiatu odpowiadał starosta, poprzez wyznaczoną komórkę powiatową. Stąd spływały decyzje o terminie i liczebności transportu do jednostek administracji szczebla podstawowego, gdzie dokonywano typowania imiennego.     

   Jak wspominałem powyżej, pierwszy zorganizowany transport z wysiedleńcami odszedł z Łeby w kwietniu 1946 roku. Z pewnym wyjątkiem, o którym za chwilę, wszyscy umieszczeni na liście wiedzieli o wywózce i mogli się w jakiś sposób wcześniej przygotować do podróży w nieznane. Przede wszystkim spakowano żywność, dokumenty, ukryto kosztowności i pieniądze, zabrano pamiątki  rodzinne i odzież. Bardziej zapobiegliwi nie zapomnieli o poduszkach i kocach. Środkiem transportu był pociąg składający się z bydlęcych wagonów. 

   Trudno sobie wyobrazić sytuację człowieka wypędzonego ze swojego odwiecznego siedliska, ze swojej małej ojczyzny i to niezależnie czy mowa o Polakach z Kresów Wschodnich, czy Niemcach z Pomorza, Mazur, Śląska i Ziem Zachodnich. Płacz,  żal i bezsilność, to najczęściej opisywane uczucia, przeżywane po raz ostatni na dworcu w Łebie. Kolejny transport odszedł 9 maja. Łącznie w 1946 roku z Łeby odeszły cztery zorganizowane transporty z wysiedlonymi mieszkańcami. Pozostali Niemcy, z nielicznymi wyjątkami, zostali wywiezieni w następnym roku.

   W kwestii wysiedleń chciałbym zaakcentować jeszcze jedno zagadnienie. Mianowicie wiele relacji dawnych łebian świadczy, o okradaniu wysiedleńców w trakcie transportów na terenie Polski. Początek tego procederu miał miejsce już w Lęborku, gdzie dokonywano "odprawy celnej". W jej trakcie pozbawiano Niemców pieniędzy, biżuterii i rzeczy wartościowych, a także niszczono pamiątki rodzinne, zwłaszcza zdjęcia itp. Owych rekwizycji najczęściej dokonywano w sposób siłowy, zagarniając przy tym znaczną część dóbr do własnej kieszeni.

   Dodatkowo niektórych kontroli osobistych dokonywano bezpośrednio na peronie, w obecności wielu postronnych osób. W trakcie podróży na licznych postojach pociągi były nawiedzane przez bandy uzbrojonych szabrowników, które do reszty ograbiały wysiedleńców. Duża aktywność i brutalność band spowodowała, że rząd polski skierował wojsko do konwojowania transportów.  
 

   Wysiedlenia Niemców za Odrę były relacjonowane przez ukazującą się prasę. Jako przykładem posłużmy się "Dziennikiem Bałtyckim" z 5 sierpnia 1946 roku, w którym czytamy:

"Pozbywamy się wrogów wewnętrznych. Milion Niemców opuściło Polskę

Od 25 lutego do 1 sierpnia br. w ramach zorganizowanej akcji repatriacyjnej opuściło Polskę milion Niemców. Przez punkt graniczny w Kalwasku (obecnie Węgliniec - dop. autora), gdzie transporty wyjeżdżających przejmuje specjalna misja angielska, wyjechało 775 tys. osób. Przez Szczecin, który jest drugim ośrodkiem grupowania wyjeżdżających Niemców, wyjechało 225 tys. Około 10 proc. wyjeżdżających przez Szczecin przewożono do okupacyjnej strefy brytyjskiej drogą morską. Akcja odbywa się sprawnie i przebiega zgodnie z nakreślonym planem."

   Poświęćmy kilka słów tzw. ludności rodzimej zwanej autochtonami, która po pozytywnym przejściu weryfikacji i opowiedzeniu się za polską opcją, nie podlegała wysiedleniom za Odrę. Na Ziemiach Odzyskanych i na terenie byłego Wolnego Miasta Gdańska zamieszkiwała pewna, niewielka zresztą grupa obywateli niemieckich, która była w stanie wykazać powiązania z narodem polskim i polskością. 

   Dzięki temu mogli oni pozostać w swoich rodzinnych stronach, przyjmując jednocześnie stosowne uwarunkowania, jak np. zadeklarować lojalność wobec państwa polskiego czy podjąć naukę języka polskiego. Z tej możliwości skorzystali przede wszystkim ludzie, którzy w rzeczywisty sposób przynależeli do narodowości polskiej.

   Konsekwencją polonizacji (lub repolonizacji), było przyznanie autochtonom obywatelstwa polskiego. Aktem prawnym regulującym te sprawy był ustawa o obywatelstwie polskim osób narodowości polskiej zamieszkałych na obszarze Ziem Odzyskanych z 28 kwietnia 1946 r. W artykule pierwszym wymienionej ustawy czytamy:

"Prawo obywatelstwa służy każdej osobie, która przed dniem 1 stycznia 1945 r. miała na obszarze Ziem Odzyskanych stałe miejsce zamieszkania, udowodniła swoją narodowość polską przed komisją weryfikacyjną (narodowościową) i uzyskała na tej podstawie stwierdzenie swej polskiej narodowości przez właściwą władzę administracji ogólnej I instancji oraz złożyła deklarację wierności Narodowi i Państwu Polskiemu".*)

   
Innym istotnym dokumentem był o
kólnik Ministerstwa Ziem Odzyskanych z 9 VIII 1947 r., który mówił: „Czynnikiem decydującym przy stwierdzeniu polskiej narodowości jest pełne związanie z narodem polskim, nie zaś tylko pochodzenie polskie”.

   W tymże dokumencie czytamy dalej, że jeśli osoba występująca o stwierdzenie narodowości polskiej nie była pochodzenia polskiego lub nie mogła go udowodnić, lecz wykazała się faktycznymi powiązaniami z narodem polskim, to również miała prawo do otrzymania obywatelstwa polskiego. Z powyższych uregulowań były wyłączone osoby pochodzenia polskiego związane z narodem niemieckim i wrogo ustosunkowane do polskości np. Volksdeutsche. 

   W kolejnych powojennych dziesięcioleciach, zdecydowana większość autochtonów nie mogąc pogodzić się z socjalistyczną rzeczywistością i częściowo z dyskryminacją społeczną, wyemigrowała do Niemiec. W latach 1952-59, Polskę opuściło 280 tys. Niemców i autochtonów. W latach 60. było to 150 tys., natomiast w latach 70. blisko 200 tys.
____________
*)
Dz.U. 1946 nr 15 poz. 106

Poświadczenie obywatelstwa polskiego wydane w 1949 roku przez starostwo w Lęborku. Autochtoni posiadający taki dokument mogli się starać o wydanie dowodu osobistego, stwierdzającego obywatelstwo polskie.



   Wcześniej wspominałem już o urodzonym w 1930 roku dawnym łebianinie Maksie Rademske, który został dołączony do pierwszego transportu w dosyć specyficznych okolicznościach. Jego historia, którą mi opowiedział jest tragiczna i interesująca, dlatego postaram się ją przytoczyć.

    Początek wziął się od donosu, który ktoś złożył na posterunku milicji, że niby Rademske wie, gdzie na stacji kolejowej jest ukryta broń. W związku z tym przyszło po niego do domu dwóch milicjantów i zaprowadziło do budynku parowozowni na stacji. Tam miał wskazać miejsce ukrycia. Nie bardzo wiedział o jaką broń chodzi, bo nie miał o niej najmniejszego pojęcia.

   Milicjanci wiele się nie zastanawiając, biciem wymuszali na szesnastolatku uzyskanie zadowalającej odpowiedzi. Nie był on w stanie niczego powiedzieć, więc katowano go do skutku. Nie pamięta ile to mogło trwać, bo stracił rachubę czasu. Nie czuł już bólu kolejnych uderzeń, a przez zapuchnięte oczy ledwo cokolwiek widział. 

   W pewnym momencie do budynku parowozowni wszedł komendant Majchrzak z tłumaczem i prowadził dalsze przesłuchanie. Pan Rademske podkreślił, że szef milicji nie stosował wobec niego bicia ani przemocy fizycznej. Również to nie przyniosło oczekiwanego przez władze rezultatu i wówczas komendant powiedział, że ,,przy pierwszej okazji i to jak najszybciej będziecie wysiedleni, bo twój ojciec już tam jest”. Chłopak nie wiedział, czy jest to groźba w odwet za nieudane śledztwo, czy w stosunku do jego rodziny podjęto jakieś wcześniejsze  nieoficjalne działania i Majchrzak był o nich poinformowany.

   Poobijany Max wrócił do domu, gdzie matka z babką opatrzyły otwarte rany  i kwasem bornym przemyły opuchnięte ciało. Nic nie zapowiadało rychłego spełnienia słów milicjanta. 

   Rankiem domownicy usłyszeli stanowcze pukanie do drzwi wejściowych. Po otwarciu do środka weszło dwóch nieznanych im mężczyzn, którzy przedstawili się jako urzędnicy państwowi. Wiadomość, jaką przynieśli, była porażająca. Rodzina Rademske ma natychmiast opuścić zajmowane mieszkanie, biorąc tylko to, co  mieli na sobie. Nie wolno im było absolutnie niczego innego zabrać, nawet żywności ani dodatkowej odzieży. Trzy kobiety, Max i jego sześcioletnia kuzynka opuścili w ciągu kilku chwil dom i zostali zaprowadzeni na dworzec, gdzie czekał już gotowy do odjazdu pociąg z wysiedleńcami. 

   Nikogo nie interesowało, że tej rodziny nie było na liście. Zostali wepchnięci do wagonu i po pewnym czasie skład odjechał. Według relacji, w pociągu mogło się znajdować około 150 osób. W trakcie rozmowy z panem Rademske zadałem mu pytanie, czy jeszcze inne rodziny zostały dołączone do transportu w tak nieformalny, i co tu dużo mówić, niehumanitarny sposób? W odpowiedzi tego nie wykluczył, jednak nie był w stanie takiego przypadku wskazać.  

   Po dwóch dniach bez picia i jedzenia dojechali do Szczecina. Całe szczęście, że współtowarzysze niedoli wspierali ich kromką chleba i kubkiem kawy zbożowej. W Szczecinie zostali zakwaterowani na trzy dni w jakiś koszarach, skąd musieli chodzić do pracy w mieście. Tu ich położenie uległo pewnej poprawie, bo dostawali skromne, ale regularne posiłki. Czwartego dnia podstawiono dla nich pociąg osobowy,  którego stacją końcową było miasto Bad Segeberg w landzie Schleswig-Holstein na północy Niemiec. 

   W trakcie dwudniowej podróży z licznymi postojami, otrzymywali wyżywienie i co istotne, nie musieli spać na podłodze bydlęcego wagonu. W Bad Segebergu był zorganizowany lokalny ośrodek dla Niemców wysiedlonych ze wschodu, których stąd kierowano do pobliskich miejscowości. Przy meldowaniu Max nie posiadał żadnych dokumentów, ponieważ nie zdążył ich zabrać i miał pewne trudności. O jego tożsamości zaświadczyli inni łebianie i dopiero wtedy go przyjęto oraz wystawiono tymczasowy dokument. 

    Rodzina Rademske została skierowana do wsi Treia, w okolicy miasta Schleswig (Szlezwik). Gospodarz, który udzielił im schronienia, nie był zachwycony ich przybyciem. Wprawdzie wysiedleńców przydzielano do konkretnych rolników na podstawie nakazu administracyjnego, ale każdy bronił się jak mógł przed przybyszami ze wschodu. Zawsze były to koszty, niewygody, dodatkowe osoby do wyżywienia i co tu dużo mówić, obcy w domu. Ich bauer był człowiekiem skąpym i na kawałek chleba trzeba było bardzo ciężko pracować. 

   Jedynie sześcioletnia dziewczynka miała u niego pewne względy i mogła liczyć na  kubek mleka poza przydziałem. Tu  kończy się opowieść Maxa Rademske. Dodał jeszcze, że prowadzone długo po wojnie poszukiwania jego ojca nie przyniosły żadnych rezultatów. Od chwili zabrania go z Łeby przez wojska sowieckie, nie natrafiono nawet na najdrobniejszy jego ślad. 

   W 2006 roku krzepki jeszcze pan Max mieszkał w pobliżu wspomnianej wsi Treia, był  emerytem,  cieszył się nie najgorszym zdrowiem i od czasu do czasu odwiedzał swoje rodzinne miasto. Po raz pierwszy po wojnie przyjechał do Łeby w 1982 roku i zamieszkał w jednym z pensjonatów przy ulicy Abrahama. Z nostalgią przechadzał się po mieście, popatrzył na swój własny dom i nie miał odwagi wejść do środka. Poszedł też do dawnej parowozowni, gdzie w bolesnych okolicznościach spędził ostatnie godziny przed wysiedleniem. 

    W tymże 2006 roku spotkaliśmy się w jego domu, w Niemczech i odbyliśmy długą rozmowę o czasach minionych. Informacje, które uzyskałem na ten i inne tematy są prawdziwym skarbem, który w imię prawdy historycznej należy uchronić od zapomnienia. Max Rademske zmarł w roku 2012.  

Eva Schwark-Panitzke tak relacjonuje wysiedlenie ze Steknicy:

    "W końcu stało się. Pewnego dnia pod naszą kwaterę podjechał wóz konny i zostaliśmy wezwani do natychmiastowego opuszczenia Steknicy. (3 sierpnia 1946 r. - wysiedlenie 5 ostatnich rodzin ze Steknicy – dop. autora). Nie dano nam czasu na spakowanie bagaży, tylko w biegu zabraliśmy to co wpadło w dłonie i wsiedliśmy na wóz. Najpierw jechaliśmy do szosy, a następnie w kierunku Lęborka. W Wicku był koniec naszej podróży. Tam zakwaterowano nas w olbrzymich halach. Nie wiem czy to były koszary, czy magazyny majątku?

  
W każdym razie było tam wielu innych wysiedleńców, rosyjskich żołnierzy i oficerów, którym moja ciocia Frieda cerowała czapki i mundury. Na podwórzu stały ustępy, osobno dla kobiet i osobno dla mężczyzn. Przy tak wielu potrzebujących, zawsze przed kloakami stała kolejka. Nie pamiętam jak długo tam przebywaliśmy. To mogły być tygodnie, ale i miesiące. Rzadko kiedy dostawaliśmy coś do jedzenia. Pewnego dnia musieliśmy pomaszerować na dworzec kolejowy, gdzie stał długi pociąg towarowy. Kazano nam wejść wraz z wieloma innymi do jednego z wagonów i po jakimś czasie pociąg ruszył. Jechaliśmy w kierunku zachodnim, z wieloma przerwami i okropnie małymi racjami żywnościowymi. 

   Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu trwała podróż. W końcu trafiliśmy do jakiegoś obozu zbiorczego w Niemczech, gdzie my i bardzo wielu innych wysiedlonych czekało na dalszy los. Stąd rozdzielano ludzi na cztery strony świata. My trafiliśmy w okolice Düsseldorfu. Od 1953 roku do dzisiaj, mieszkam z moim mężem we własnym domku w Düsseldorfie".

 

                                     Eva Schwark-Panitzke zd. Panitzke (ur. 1935 r.) - autorka wspomnień.
                                                                                    (arch: Dorothea Fong)

   W tym miejscu może się nasunąć pytanie o los pozostałych mieszkańców Łeby, w kontekście nowego miejsca zamieszkania za Odrą. Niestety, z tego okresu dysponuję tylko zbiorczymi danymi statystycznymi, dotyczącymi ludności powiatu lęborskiego z roku 1950. Wynika z nich, że spośród 62 tys. mieszkańców do Niemiec zostało wysiedlonych 61 tys. Z tej liczby 45 tys. osiedliło się w Niemczech Zachodnich i Berlinie Zachodnim, z czego 21 tys. w Hamburgu i landzie Schleswig-Holstein. 

   Pozostała ludność pow. lęborskiego osiedliła się (właściwie została osiedlona) w Niemczech Wschodnich i Berlinie Wschodnim (od 1949 r. NRD). Procesy migracyjne w kolejnych latach, jeszcze bardziej umocniły proporcje na korzyść Niemiec Zachodnich. W latach 1944-49 z byłych wschodnich prowincji Niemiec, które po wojnie przypadły Polsce, uciekło przed frontem, bądź wysiedlono 8 mln 155 tys. Niemców, z czego 2,2 mln z Pomorza i ok. 400 tys. z Wolnego Miasta Gdańska.

   W tych danych mieści się ok.1 mln ludzi, ewakuowanych drogą morską z portów Gdańska, Gdyni i Helu. Straty przy ewakuacji morskiej były stosunkowo niewielkie (mając na uwadze naloty, działania jednostek nawodnych i podwodnych aliantów), wynosiły ok. 1 proc. i zostały spowodowane głównie zatopieniem przez Sowietów statku "Wilhelm Gustloff".





Nowe nazwy fizjograficzne


   Powojenne przesunięcie granic Polski na północ i zachód, spowodowało konieczność przywrócenia lub nadania polskich nazw fizjograficznych na nowych terenach. Duże miasta, liczące po kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy mieszkańców, miały zazwyczaj historycznie ugruntowane polskie nazwy, więc weszły one do obiegu urzędowego nijako automatycznie. (Na przykład Stettin - Szczecin, Danzig - Gdańsk czy Breslau - Wrocław). Również wiele obiektów geograficznych z dawnego pogranicza niemiecko-polskiego, miało swoje polskie nazwy. 

   Idąc tym tropem, przejrzałem polskie mapy topograficzne w skali 1:25 tys., wydane przez Wojskowy Instytut Geograficzny w 1937 roku. W strefie pogranicza rejonu lęborskiego bardzo wiele miejscowości, rzek i jezior po niemieckiej stronie nosi podwójne - polskie i niemieckie nazwy (np. Lębork - Lauenburg, Leba Fluss - rzeka Łeba itp.). Dlatego wraz z przejęciem tych terenów przez państwo polskie, od początku używano tam gotowych określeń polskich. 

Przebieg granicy w rejonie Bożegopola na polskiej mapie topograficznej z 1937 roku. Niektóre nazwy po stronie niemieckiej są określane w dwóch językach.
                                                                                                                                                           Powiększ

   Innym źródłem polskich nazw miejscowości o pierwszorzędnym znaczeniu, było zestawienie sporządzone w 1879 roku przez dyrektora Zakładu im. Ossolińskich we Lwowie, dr Wojciecha Kętrzyńskiego, pod tytułem: "Nazwy miejscowe polskie Prus Zachodnich, Wschodnich i Pomorza wraz z przezwiskami niemieckiemi".  Opracowanie to zawierało niemieckie i polskie nazwy konkretnych miejscowości, dlatego stanowiło podwalinę polskiego nazewnictwa miejscowego na znacznym obszarze Ziem Odzyskanych. 

    Problem pojawił się w przypadku mniejszych miast i miejscowości oraz innych obiektów geograficznych, które dotychczas posiadały wyłącznie nazwy niemieckie. W celu jego kompleksowego rozwiązania rząd polski powołał w 1946 r. Komisję Ustalania Nazw Miejscowości, działającą przy Ministerstwie Administracji Publicznej. Pierwsze prace Komisji skupiały się na nadaniu (lub przywróceniu) polskich nazw miejscowościom, liczącym ponad 5 tys. mieszkańców. Skutkiem jej prac była pierwsza konferencja i opublikowanie nowych nazw w ,,Monitorze Polskim” z dnia 19 maja 1946 r. 

   Na drugiej konferencji ustalono nazwy miejscowości liczących od 1 tys. do 5 tys. mieszkańców, oraz niektórych stacji kolejowych. Jej wyniki opublikowano w ,,Monitorze Polskim” z dnia 16 grudnia 1946 roku (M.P. 1946 nr 142 poz. 262).  Z tą datą zmieniono urzędową nazwę miasta z Leba na Łeba mimo, że polskiego brzmienia używano już znacznie wcześniej.

    Trzecia konferencja Komisji zakończyła swoje prace opublikowaniem w dniu 15 marca 1947 roku nazw dla miejscowości liczących od 500 do 1 tys. mieszkańców oraz pozostałych stacji kolejowych. Trzy kolejne konferencje zajęły się mniejszymi miejscowościami i innymi obiektami fizjograficznymi. Komisja zakończyła pracę w 1950 roku.

Widokówka wysłana z Łeby w lipcu 1946 r. Znaczek ostemplowano poniemieckim datownikiem z napisem Leba.


W pierwszym, powojennym okresie korzystano z poniemieckich widokówek, opatrzonych polskimi napisami.

 




Copyright © 2007-2015 by Jarosław Gburczyk
Prawa autorskie zastrzeżone
 
 
 
 
 
 
 
  18 odwiedzający (39 wejścia) dzisiaj.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=