Historia Łeby
  Początek II wojny św. Wojna na morzu
 

 

Wybuch wojny
 
 

Agresja na Polskę


     31 sierpnia 1939 roku niemieckie rozgłośnie radiowe podawały komunikaty, że Rzesza wyczerpała wszystkie możliwości pertraktacji z Polską i jedynym rozwiązaniem jest wojna. Przyczyny rozpętania wojny przez Hitlera są szeroko opisywane w historii powszechnej i do niej odsyłam zainteresowanych. Już następnego ranka nadszedł spodziewany, a przez niektórych pewnie wyczekiwany, dzień wybuchu wojny.

   Wojska polskie w sile 39 dywizji stanęły do walki z nacierającymi 56 dywizjami niemieckimi. 400 samolotów polskiego lotnictwa miało dotrzymać nieba 1300 samolotom wroga.  Przewaga Niemiec w broni pancernej wynosiła 3:1, a w artylerii 2:1. Z trzech stron wojska niemieckie wkroczyły na terytorium Polski, aby ziścić szaleńcze plany Hitlera i podporządkować  wschodniego sąsiada narodowi panów

   Siły uderzeniowe na wschodniej  granicy Niemiec wchodziły w skład Armii Północ, pod dowództwem generała pułkownika Fedora von Bocka. Dowodził on 630 tysiącami żołnierzy, atakujących od rejonu Piły do Lęborka, wzdłuż granicy z Polską. Z terenu powiatu lęborskiego, który graniczył z powiatem morskim (wejherowskim) po polskiej stronie, nie prowadzono większych operacji i miały one znaczenie lokalne.

   Zadaniem von Bocka było przebicie się częścią swoich sił na teren Prus Wschodnich i utworzenie połączenia z Rzeszą. Równolegle pozostałe wojska operowały w północnej części polskiego Pomorza na kierunku Gdyni. 

   Niemiecka taktyka wojny błyskawicznej (Blitzkrieg) i wbicie Polsce noża w plecy przez Stalina na wschodzie, doprowadziło do podziału kraju i okupacji. 18 września do Godętowa pod Lęborkiem przybywa specjalny pociąg z Hitlerem, który tworzy tu ruchomą kwaterę. Do zapewnienia łączności z kwaterą główną i urzędami centralnymi w Berlinie zbudowano linię telefoniczną, połączoną z siecią ogólną. Nad bezpieczeństwem pociągu i jego najważniejszego pasażera czuwał batalion SS.

   Jeszcze w trakcie działań wojennych, 19 września Hitler udaje się w podróż samochodem z Godętowa do Gdańska, gdzie jest entuzjastycznie witany przez mieszkańców. (95 proc. ludności Wolnego Miasta Gdańska stanowili Niemcy). Wielkie manifestacje z jego osobą w roli głównej, były ulubionym zajęciem wodza. W tym okresie Łeba była z dala od głównych aren działań wojennych.   
  
    Miasteczko żyło spokojnie swoim utartym rytmem. Rybacy dalej wypływali w morze, ostatni turyści opuszczali kurort, kolej kursowała normalnie, a wprowadzone na kilka dni przed wybuchem wojny kartki żywnościowe miały pokrycie w towarze. Tylko ciekawscy widząc zadumanego listonosza, zastanawiali się czy wejdzie on do jakiegoś domu i przekaże kondolencje z frontu za ofiarowanego dla ojczyzny syna?
 
   W początkowym okresie wojny informacje o śmierci żołnierzy otrzymywały ich rodziny za pośrednictwem poczty. W późniejszym okresie posłańcami tych wieści zostali osobiście szefowie miejscowych komórek NSDAP. W czasie dużych kampanii czy operacji ofensywnych którejś ze stron, wzrastała ilość zawiadomień o śmierci. Krążył wtedy funkcjonariusz po miejscowości i zachodził do wytypowanych domów. Jego ruchy były pilnie obserwowane przez mieszkańców, a w języku potocznym nazywano go ,,ptakiem śmierci” (Totenvogel).

   Według ksiąg Urzędu Stanu Cywilnego w Łebie, pierwszym poległym żołnierzem z terenu gminy Łeba był Reinhold D., który w dniu 20 września 1940 roku zginął na pokładzie trałowca u wybrzeży Holandii. Poległy miał 24 lata.


Funkcjonariusze Urzędu Celnego w Łebie w okresie wojny. Do ich zadań oprócz odpraw w porcie, należało patrolowanie plaż i ochrona mostów.
                                                                                                                                           (arch: Petra Zanke)


 
Aprowizacja


   Kartki żywnościowe, wprowadzone jeszcze przed wybuchem wojny, były pokłosiem doświadczeń z lat 1914 - 16, kiedy zostały one wprowadzone za późno. Tajny program reglamentacji żywności na wypadek wojny, został opracowany już kilka lat przed 1939 rokiem. 25 sierpnia landratura lęborska powołała zmotoryzowanych kurierów, którzy pobrali pakiety kartek zaopatrzeniowych i dostarczali burmistrzom w terenie.

   Nie trzeba było być znawcą polityki, żeby rozpoznać w tym przygotowania do działań militarnych. Reglamentacja obejmowała m.in. chleb, mąkę, nabiał, cukier, marmoladę, mięso i wyroby mięsne oraz tłuszcz i inne. Dzienna, tzw. normalna racja produktów podstawowych na dorosłą osobę zawierała m.in.:

chleb – 340 g

mięso lub wyroby mięsne – 70 g

tłuszcz – 50 g

kasza, ryż, makaron i wyroby mączne - razem 150 g

cukier - 40 g

mleko - 0,2 l (matki karmiące - 0,3 l extra)

marmolada - 15 g

kawa naturalna lub zbożowa - 63 g tygodniowo

herbata - 20 g miesięcznie

  
Osoby zaliczone do grupy ciężko pracujących otrzymywały odpowiednio większe przydziały, w skład których wchodziło 685 g chleba, 170 g mięsa i 110 gramów tłuszczu. Wprowadzona reglamentacja zakładała, że na każdego aryjskiego obywatela Rzeszy (bez ciężko pracujących), miało przypadać 2570 kcal dziennie, uwzględniając przy tym towary nie podlegające reglamentacji np. niektóre warzywa i owoce. Była to ilość pokrywająca zapotrzebowanie energetyczne dorosłego człowieka. Dla porównania, dzienna wartość kaloryczna dla żołnierza Wehrmachtu na froncie wynosiła 4500 kcal. W skład jego racji żywnościowej wchodziło m.in.:

chleb – 750 g

tłuszcz – 150 g

kiełbasa, konserwy, ser – razem 120 g

mięso/ryby – do 250 g

marmolada – do 200 g

ziemniaki, ryż, kasza, makaron, warzywa – razem 1000 g

kawa naturalna – 8 g

kawa zbożowa – 10 g

papierosy – 7 sztuk.

   Od zimy 1942/43 nastąpiło załamanie zaopatrzenia w produkty żywnościowe, co spowodowało obniżenie przydziałów, a dzienna normalna wartość energetyczna spadła do 2078 kcal, wykazując stałą tendencję zniżkową. W ostatniej zimie wojny 1944/45, statystyczny Niemiec miał do dyspozycji już tylko 1670 kcal.

   Mieszkańcy Łeby i miejscowości leżących w pasie nadmorskim, korzystali z szerokiego dostępu do ryb morskich. Właściciele kutrów przeważnie posiadali pewne nieewidencjonowane ilości, które pokątnie sprzedawali. Poza tym wielu mieszkańców hodowało drób, którego część można było spożytkować na własne potrzeby. Właściciele kur byli zobowiązani odstawić 60 jaj rocznie od jednej nioski, a resztę mogli zachować dla siebie. 



Kino


   Krótko po rozpoczęciu wojny właściciel kina z Lęborka, Wöstenberg, wszedł w porozumienie z łebskim hotelarzem i restauratorem - Möllerem i w dawnej sali tanecznej jego lokalu urządził kino (ul. Kościuszki 19). Wyposażenie sali ściągnięto z hotelu ,,Katschke” w Lęborku, w którym wcześniej prezentowano filmy. Hotel ten znajdował się w nieistniejącym już dzisiaj budynku przy obecnej ul. Armii Krajowej, róg Orzeszkowej.

   W pamięci dawnych łebian zachowały się nazwiska pracowników obsługi. Pierwszym operatorem był Heinz Seebuch, z zawodu elektryk, którego niebawem po premierze powołano do Wehrmachtu. Jego następcą został Albert Schoth, a po nim Egon Steffke. Trzy panie o nazwiskach  Poschke, Krüger i Wendt zajmowały się biletami oraz opieką nad widzami.

   Na premierze wyświetlono "Feuertaufe” (Chrzest bojowy), film o tematyce lotniczej. Była to nazistowska propagandówka, ukazująca "heroizm" niemieckich lotników w czasie kampanii wrześniowej. W nieco późniejszym czasie dużą popularnością cieszył się film ,,Der Schritt vom Wege” (Krok z drogi) - nakręcona rok wcześniej w Łebie opowieść o młodziutkiej i bardzo ładnej Effi (Marianne Hoppe 1909-2002), która pod naciskiem własnej rodziny poślubia dużo starszego od siebie barona von Instetten.

   Pełna temperamentu dziewczyna męczy się w tym mezaliansie i zakochuje w młodszym, szarmanckim majorze von Crampas. Zdradzony baron odkrywszy romans pięknej połowicy, wyzywa na pojedynek kochanka małżonki i posyła go na tamten świat. Effi wykluczona poza nawias towarzyski i targana wyrzutami sumienia, umiera z melancholii.

   Typowy nudny  melodramat (opinia osobista), ale frekwencja dopisuje. Każdy chce zobaczyć na ekranie znane sobie miejsca w scenerii filmowej i bohaterów, których mijał na ulicy. Zdecydowana większość sekwencji była kręcona w berlińskim studiu. Niestety nie zobaczymy na filmie obrazów kręconych w mieście. Jest kilka scen przedstawiających plażę, molo, wydmy, latarnię morską Stilo i jezioro Łebsko.

   Ceny biletów są zróżnicowane. Najtańsze miejsca kosztują 55 fenigów, droższe 75, a najlepsze 95 fenigów. W porównaniu z cenami artykułów spożywczych nie wydaje się to być drogo. Kilogram chleba kosztował 55 fenigów, litr mleka 30 fenigów, a kilogram cukru 1 markę i 10 fenigów.
 
   Seanse odbywały się tylko w soboty i niedziele, i były przerywane 3 lub 4 kilkuminutowymi przerwami. Tyle czasu potrzebował operator na przewinięcie i założenie nowej szpuli do jedynego projektora. Była to też okazja do wstąpienia do baru, nie tylko dla zaczerpnięcia świeżego powietrza, którego brakowało w sali kinowej.

   Prezentacja filmów w lokalu Möllera nie była pierwszą przygodą mieszkańców Łeby z dziesiątą muzą. We wcześniejszych latach miejscem goszczącym ekipę kina objazdowego, był lokal Paula Foxa u zbiegu dzisiejszych ulic Nadmorskiej i Wojska Polskiego. Rocznie wyświetlano tam zaledwie kilka filmów, w nieregularnych odstępach czasu.

 

                 Zima 1939/40, należała do niezwykle śnieżnych i mroźnych.   

Dom ostatniego stolarza z rodziny Lawrenzów w Łebie - Waltera (1905-87) przy ulicy Kościuszki 102 (dawniej Hindenburgstrasse 10). Fotografia z 1941 roku.
                                                                                                                                     (arch: Manfred Lawrenz)




Ulica Hitlera


   Koniec lat trzydziestych doprowadził Hitlera na szczyty popularności wśród społeczeństwa niemieckiego. Pewnie dlatego łebscy rajcowie długo się nie zastanawiali nad zmianą nazwy ulicy Seestrasse na Adolf Hitler Strasse (obecnie Wojska Polskiego). Prawie we wszystkich miastach Rzeszy dyktator miał swój plac lub ulicę i Łeba nie była wyjątkiem. Ile było w tym autentycznej chęci upamiętnienia, a ile zwykłej bojaźni przed niedowartościowaniem przywódcy, niestety nie wiemy.  

   Główna ulica była już ,,zajęta” przez ostatniego prezydenta Rzeszy Hindenburga (zm. w  1934 r.), którego nie wypadało zdejmować, więc wodzowi przydzielono reprezentacyjną arterię prowadzącą do morza.  Tam było dobre i utytułowane towarzystwo dla kaprala Hitlera. Jedna z przecznic nosiła imię jego wielkiego poprzednika, kanclerza Otto von Bismarcka. Była to obecna ulica Obr. Westetplatte, która przy końcu boiska skręcała w Sosnową i kończyła się przy Domu Kuracyjnym, czyli dzisiejszym hotelu "Neptun".

   Z kolei ulicy Nadmorskiej nazwiska użyczył hrabia Albrecht von Roon, który jako minister wojny i marynarki pobił Francję w wojnie 1870/71. Za zasługi na polu walki cesarz Wilhelm I uhonorował go tytułem hrabiowskim i awansował do stopnia feldmarszałka (marszałek polny). 

   Nieco w oddali przebiegała Moltkestrasse (część Obr. Westerplatte i Chełmońskiego), bo też generał pułkownik Helmut von Moltke był zaledwie szefem sztabu generalnego pod dowództwem Roona. Ulicy Sportowej patronował feldmarszałek Gebhard von Blücher, który pod Waterloo dowodził pruską armią i przyczynił się do klęski Napoleona. Ostatnim z tego doborowego towarzystwa był kolejny feldmarszałek, August von Mackensen (1849-1945), jeden z ważniejszych dowódców w czasie I wojny św. Współcześnie patronat nad ulicą jego imienia sprawuje Stefan Okrzeja.  
 
 
 

                                Patroni ulic w dzielnicy willowej. Od lewej: Bismarck, Roon i Moltke.



 
Stacja doświadczalna i stacja nasłuchowa
 
 
 
   W 1941 roku do Łeby przyjechała grupa tajemniczych ludzi, trochę cywilów, trochę wojskowych. W Domu Kuracyjnym nie tylko zamknięto tak chętnie odwiedzaną restaurację, ale zakwaterowano ich jako jedynych gości. Sznury ciężarówek z zaciągniętymi plandekami, zmierzające w  kierunku Rąbki, rodziły wiele plotek i domysłów. Na niektórych samochodach widniała nazwa firmy ,,Rheinmetall-Borsig”. Każdy oczywiście wiedział, że ten zbrojeniowy gigant zajmuje się produkcją na potrzeby wojny, ale co on robi w Łebie, w miejscu, gdzie jest tylko las? 

   Całkowitej tajemnicy nie udało się zachować i ludzie co nieco wiedzieli o tym, co się dzieje za rzeką. Wkrótce potem rejon za mostem w stronę Rąbki, został ustanowiony strefą zamkniętą. Postawiono posterunki i tablice ostrzegawcze z napisem: ,,Teren wojskowy, wstęp surowo wzbroniony”.

   Zaraz po wybuchu wojny firma ,,Rheinmetall-Borsig” zainteresowała się wprowadzeniem nowych systemów uzbrojenia do produkcji. Spory wysiłek szedł w kierunku rozwoju broni rakietowej, z którą wiązano duże nadzieje. Tym bardziej, że na skutek udanych prób z sowieckimi rakietami ,,Katiusza” istniały naciski ze sfer wojskowych. W 1942 roku podjęto produkcję dwustopniowych rakiet ziemia-powietrze o nazwie "Rheintochter" (Córka Renu). Pomysł wykorzystania w rakietach naprowadzania radiowego był niezwykle śmiały, lecz w tamtych czasach jeszcze nie do końca perfekcyjny w realizacji.
 
   Do napędu pierwszej wersji rakiety, oznaczonej symbolem R1, użyto paliwa stałego w postaci ładunku prochowego. Natomiast w drugiej wersji rakiety (R3) wprowadzono paliwo ciekłe, po raz pierwszy zastosowane w marcu 1926 roku przez amerykańskiego naukowca Roberta H. Goddarda. Niewątpliwą zaletą tego rozwiązania była możliwość regulacji ciągu, poprzez określanie dopływu paliwa i utleniacza.

   W silnikach na paliwo stałe takiej możliwości nie było, ani wpływu na proces spalania. Raz odpalony, pracował aż do zużycia materiału pędnego. Wadą rozwiązań na paliwo ciekłe, była konieczność napełniania zbiorników przed startem na rampie, co było bardzo czasochłonne.   

   Do wykonywania prób potrzebna była spokojna i odosobniona okolica ze względu na możliwą inwigilację wroga oraz obszar, na który odpalone rakiety mogłyby bezpiecznie spadać. Lokalizacja Łeby wydawała się wręcz idealna.

  Od podstaw wybudowano dwa stanowiska Rakietowej Stacji Doświadczalnej (Versuchsstation). Oznaczone nr 1 znajdowało się w miejscu, gdzie dzisiaj stacjonuje Marynarka Wojenna przy ul. Turystycznej. Natomiast stanowisko nr 2 zlokalizowano w połowie drogi pomiędzy Rąbką a wydmami ruchomymi.

   Instalacja w Rąbce była przystosowana do wystrzeliwania rakiet z wyrzutni stałej na obrotnicy z regulowanym pochyleniem ramienia, natomiast w Łebie z wyrzutni ruchomej na podwoziu. W roku 1944 cała załoga Stacji liczyła ok. 150 osób.

   Miejscem wystrzeliwania rakiet ze stanowiska nr 1 była piaszczysta niecka w pobliżu bunkrów i budynków, którą pewnie ze względu na podobieństwo kształtu nazywano ,,Patelnią”. Rakieta ,,Rheintochter” była naprowadzana w kierunku samolotu za pomocą zdalnego kierowania przez operatora z ziemi. Głównymi celami tych rakiet miały być samoloty bombowe wroga.

   Rakieta nie musiała trafić w samolot, aby go zestrzelić. Tu wystarczyło odpalenie ładunku wybuchowego w pewnej odległości od samolotu, a na skutek fali uderzeniowej i odłamków ulegał on uszkodzeniu lub katastrofie. Detonacja była inicjowana za pomocą zapalnika zbliżeniowego.

   Wykonano wiele prób, które nie potwierdziły jej przydatności bojowej w wystarczającym stopniu. Łącznie wyprodukowano ok. 100 rakiet w wariancie R1, z których do naszych czasów zachowało się 6. Jedna z rakiet Rheintochter R1 znajduje się w Niemieckim Muzeum Techniki w Berlinie.



Autor opracowania zmierzył się sam na sam z rakietą Rheintochter R1 w Niemieckim Muzeum Techniki w Berlinie. Rakieta ta jest jednym z 6 zachowanych egzemplarzy i została wypożyczona berlińskiej placówce przez brytyjskie Royal Air Force Museum w Hendon.


   We wrześniu 1944 roku wprowadzono drugi wariant rakiety  (R3-na paliwo ciekłe), który również się nie sprawdził. W okresie od września do listopada 1944 r. wykonano 51 prób z  R3. Poniżej przedstawiono dane techniczne dotyczące wariantu R1:            

- długość całkowita 6288 mm

- średnica kadłuba 510 mm

- masa całkowita 1750 kg

- masa materiału wybuchowego 100-150 kg

- prędkość maksymalna 1300 km/h

- pułap maksymalny 8 tys. metrów

- zasięg maksymalny 16 km
 
 

Rakieta "Rheintochter" zamontowana na wyrzutni, za którą posłużyła zmodyfikowana laweta od 88-milimetrowego działa przeciwlotniczego. 


   Drugim typem rakiety, którą testowano w Łebie, była "Rheinbote" (Posłaniec Renu). Była to niekierowana rakieta czterostopniowa na paliwo stałe, systemu ziemia-ziemia. Pierwsze testy przeprowadzono na przełomie 1943/44 roku. Miały one stanowić przeciwwagę dla radzieckich ,,Katiusz", które zostały wprowadzone do regularnego użycia już w lipcu 1941 roku. Katiusze w języku potocznym nazywano ,,Organami Stalina", ze względu na charakterystyczny dźwięk wydawany przy odpalaniu. 

   Próby z Posłańcem Renu były na tyle obiecujące, że w listopadzie 1944 roku włączono go do uzbrojenia. Nie była to jednak żadna Wunderwaffe (cudowna broń), mogąca odwrócić losy wojny. Producent nie był w stanie wyprodukować znaczących ilości, ze względu na gigantyczne zapotrzebowanie na uzbrojenie konwencjonalne. Najbardziej znanym miejscem użycia tych rakiet był ostrzał Antwerpii, dokonany 220 pociskami. Poniżej kilka danych technicznych:

- długość całkowita 11,40 m

- masa startowa 1700 kg

- masa materiału wybuchowego 20 kg plus ew. 20 kg z 4 członu rakiety.

- zasięg 220 km

- prędkość 5,5 Macha


 

Ta długa, czarna rura po prawej stronie, to rakieta "Rheinbote". Obok stoi "Rheintochter", którą testowano również w Łebie. Obie rakiety są eksponowane w brytyjskim muzeum RAF w Hendon. "Rheinbote" z uwagi na jej długość-11,4 m. była uciążliwa w transporcie. Fotografia pochodzi ze strony www.bredow-web.de

 

Fotografia wykonana 27 września 1944 roku w Łebie, przedstawia start jednostopniowej rakiety "Fauerlilie F 55". Na odwrocie fotografii jest stempel z napisem "Geheime Reichssache" - tajna sprawa Rzeszy oraz data i numer zdjęcia.

   Niektóre publikacje wspominają o jeszcze jednym typie rakiety testowanej w Łebie, mianowicie o ,,Fauerlilie”. Była ona testowana w Łebie od kwietnia 1943 roku. Jej program badawczy obejmował prowadzenie testów na aerodynamikę i prędkości, a wyniki przy okazji wykorzystano w pozostałych konstrukcjach. Była to niekierowana rakieta jednostopniowa do zwalczania celów powietrznych z 17-kilogramowym ładunkiem wybuchowym. Testy z nimi w niewielkiej liczbie prowadzono do końca działalności Stacji. Budowano ją w dwóch wersjach F 25 i F 55, o długościach odpowiednio 2,1 i 4,8 metra. 

   W okresie  działalności stacji powstał projekt wybudowania bocznicy kolejowej do stanowiska nr 1 na końcu ul. Turystycznej. Poczyniono już nawet pewne prace przygotowawcze, ale zbliżanie się frontu uniemożliwiło wyjście poza fazę planowania. Na jednej z działek przy obecnej ulicy Sienkiewicza znajdowała się konstrukcja, wykonana z wbitej w dno rzeki ściany Larsena. Zbudowano ją jeszcze w latach 20. dla potrzeb tartaku i w 1944 roku chciano wykorzystać na przyczółek mostu kolejowego. 

   Przez długie lata po wojnie gospodarzem tego terenu był wielce zasłużony dla Ojczyzny człowiek, kapitan żeglugi śródlądowej Jan Choroszman (1928-2001). Potraktował on solidnie wykonaną budowlę, jako fundament dla wybudowania pomostu i przystani. Przez wiele lat zajmował się on przewozem turystów na wydmy ruchome i do Kluk, a w późniejszym okresie po zakolach rzeki Łeby. 

 
 

Przyczółek pod planowany most kolejowy, posłużył kapitanowi Choroszmanowi (z uniesioną ręką) do wybudowania na nim pomostu i przystani. Fotografia z lat 60.      

 
   Tajemnicą do dzisiaj jest, jak to się stało, że Rakietowa Stacja Doświadczalna w Łebie nie została odkryta przez aliantów? Z jednej strony wojska sprzymierzonych prowadziły loty zwiadowcze i wykonywały zdjęcia lotnicze wybrzeża, z drugiej sąsiedztwa miasta. Być może maskowanie terenu było tak doskonałe, że interpretacja zdjęć nie wykazała niczego niepokojącego?

   Wygląda też na to, że w mieście nie przebywał żaden szpieg ani agent wywiadu alianckiego, który mógłby słyszeć o strefie zamkniętej lub w czasie spaceru mógł dojść do zamkniętego mostu. Tym bardziej, że wystrzelenie rakiety powoduje nie tylko duży huk, ale jej lot jest widoczny z bardzo daleka. 

   O jednym alianci z pewnością wiedzieli. Mianowicie jeszcze w latach 1935/36 powstał w Łebie po zachodniej stronie rzeki poligon lotniczy z małym pasem startowym.  Obecne budynki Straży Granicznej przy ul. Jachtowej 6, wcześniej pełniły rolę obiektów ,,Forschungsstelle”- Stacji Badawczej, podległej ministerstwu lotnictwa. Nazwa jest tu nieco myląca, gdyż faktycznie była to Stacja Nasłuchowa, w której pracowało 30 osób. Na planie miasta z  końca lat 30. w tym rejonie jest zaznaczony ,,Flugplatz”, czyli lotnisko. Była to jedna z 70 niemieckich instalacji wywiadowczych należąca do Luftwaffe, oznaczona symbolem B, a w późniejszym okresie również C.  

   W niektórych publikacjach mylnie łączy się Rakietową Stację Doświadczalną ze Stacją Nasłuchową. Otóż były to dwie niezależne od siebie instytucje, podległe różnym - cywilnym i wojskowym - ośrodkom decyzyjnym. 
  
    Wynika to nie tylko z literatury fachowej, ale też z relacji świadka. Kilkakrotnie kontaktowałem się z panem Reinerem Hasse, którego ojciec pełnił jedno z kierowniczych stanowisk w Stacji Nasłuchowej. Mój rozmówca dodatkowo opowiedział mi kilka ciekawostek związanych z ośrodkiem. Jedna z nich mówi, że ze względu na trzcinowe pokrycie dachu budynku, stację potocznie nazywano Schafstall (owczarnia). Inną ciekawostką było korzystanie przez pracowników z łodzi, dzięki której przeprawiali się przez rzekę i znacznie skracali sobie drogę do pracy. Rodzina Hasse mieszkała w domu przy dzisiejszej ul. Obr. Westerplatte 5, więc ojciec Reinera zaoszczędzał ok. 2 km dziennie. 


 Stacja Nasłuchowa Luftwaffe w zimowej szacie. Fotografia z okresu wojny. Liczne, wysokie maszty antenowe wokół placówki zdradzały, że prowadzono tam działalność z zakresu radiokomunikacji.
                                                                                                                               (arch: Reiner Hasse)
 

          Widok przez rzekę na Stację Nasłuchową.



            Zdjęcie lotnicze z 1937 roku. Stację oznaczono strzałką.
 

Współczesny wygląd dawnej Stacji Nasłuchowej Luftwaffe w Łebie. Po II wojnie św. w obiekcie utworzono Państwowe Centrum Wychowania Morskiego, a pod koniec lat 50. przeniesiono tam z ul. Obr. Westerplatte 15 strażnicę Wojsk Ochrony Pogranicza. Po rozformowaniu w 1991 r. WOP, placówkę przejęła Straż Graniczna i zajmuje ją do dziś. Fotografia z października 2012 r.
                                                                                                                              Foto: Jarosław Gburczyk


   Łącznie w całych Niemczech ,,stacje badawcze” lotnictwa zatrudniały 5 tys. osób, w ośrodkach oznaczanych symbolami od A do F (bez E). Zakres działalności poszczególnych stacji wyglądał następująco:

A - podsłuchy telefoniczne (z zasady w dużych miastach)

B - podsłuchy radiowe (m.in. Łeba i Wrocław, razem 17 stacji)

C - nasłuchiwanie zagranicznych rozgłośni radiowych (Łeba od 1944)

D - kontrola teleksów i telegramów

F - kontrola korespondencji pocztowej.

Głównym zadaniem ośrodka w Łebie była inwigilacja radzieckich i skandynawskich meldunków radiowych oraz oficjalnych rozgłośni *.
____________
* David Irving, “Das Reich hört mit”, Kiel 1989

   W związku ze zbliżaniem się frontu, 28 stycznia 1945 roku rozpoczęto ewakuację stacji. Na dworcu w Łebie ładowano do podstawionych wagonów towarowych urządzenia techniczne i bagaże pracowników, którzy mieli być ewakuowani razem z rodzinami. W trakcie dwudniowego oczekiwania na lokomotywę, spalono wszystkie dokumenty noszące klauzulę ,,tajne”. W trakcie długiej podróży z licznymi postojami i trudnościami, 9 lutego dotarto przez Lębork, Kołobrzeg, Szczecin i Lubekę do miasteczka Eutin w landzie Schleswig-Holstein. Tam znajdował się podobny ośrodek oznaczony symbolem B, czyli zajmujący się podsłuchami radiowymi. 

   Pracownicy z Łeby przystąpili do wykonywania swoich zadań mając świadomość, że dni Trzeciej Rzeszy są policzone. Któż, jak nie oni, mieli najlepsze informacje o działaniach i sytuacji na frontach? W nocy z 2 na 3 maja, wojska angielskie wkroczyły do miasteczka, a tym samym ,,Forschungsstelle” Eutini przestała istnieć.      

   W latach trzydziestych na jeziorze Łebsko były prowadzone próby z hydroplanami i tam stworzono dla nich lądowisko z konieczną infrastrukturą i hangarami. Widocznie siły sprzymierzonych uznały te cele za mało znaczące, skoro nie spadła tu ani jedna aliancka bomba. W okresie wojny akwen jeziora Łebsko był wykorzystywany przez Niemców do testowania bomb lotniczych, zrzucanych z samolotów startujących w Słupsku.

   W roku 1937 Rąbkę odwiedził artysta malarz Bruno Mueller-Lindow. W swoim pamiętniku zapisał między innymi:

,,Znalazłem tę małą wieś nad morzem, leżącą u podnóża Łąckiej Góry. Szeroki, pokryty trzciną dom rybacki, w którym mieszkał leśniczy, był z pewnością najzamożniejszy na tym skrawku ziemi. Tu, w ciągu ostatnich miesięcy, nad jeziorem  powstały spore budowle, należące do OKW (Naczelne Dowództwo Wehrmachtu - przyp. autora). Kilka małych rybackich domów zgrupowało się na niewielkim odcinku wiejskiej drogi. Latem można było tu spotkać co najwyżej pewnego badacza ptaków, nazwiskiem Troschel. Czatował on na różne gatunki ptaków, które opisał w małej książce wydanej później w Szczecinie”.

Malarz wspomina jeszcze o maleńkiej osadzie Dambe, gdzie znajdowała się jedyna zagroda chłopska, należąca do starostwa. Było to z pewnością najbardziej ,,samotne” gospodarstwo w całym powiecie (słupskim - dop.autora).

,,Ten, kto tu mieszkał, widywał tylko myśliwych i rybaków, gdyż ludzie z miasta zapuszczali się tu bardzo rzadko. Nawet listonosz, który wypełnia swoje obowiązki urzędowe w samotności, więcej tu nie zachodził” * .  
____________
* Karl-Heinz Pagel "Der Landkreis Stolp in Pommern" - Zeugnisse seiner deutschen Vergangenheit - Lübeck 1989   
 
   Teren bazy lotniczej w Rąbce znajdował się w okolicach obecnego parkingu. Do zakwaterowania wojska wybudowano dwa baraki, z których jeden pełnił funkcję kuchni i stołówki. Dla potrzeb komendanta i jego rodziny wybudowano dom mieszkalny. W 1939 roku jednorazowo na lądowisku przebywało 10-12 hydroplanów. W 1940 roku zredukowano liczbę samolotów, a samą bazę rozbudowano dla potrzeb szkolenia rekrutów marynarki. Stacjonowały tu 2 kompanie szkolne, razem liczące ok. 300 marynarzy. Do dzisiaj w Rąbce są widoczne fragmenty fundamentów, świadczące o militarnej przeszłości tej miejscowości. 
 



                Fundamenty, będące pozostałościami po baraku wojskowym w Rąbce. Stan z lutego 2011 r.
                                                                                                                              Foto: Jarosław Gburczyk


List polowy wysłany 12 listopada 1942 z Olbernhau (miasto na granicy Niemiecko-Czeskiej), do marynarza Gerharda W. stacjonującego w Łebie (Rąbce). Skrót pod nazwiskiem A.St.K. - oznacza kompanię szkolną, natomiast L.10 - jest elementem ewidencji wojskowej.

   Przez długie powojenne lata teren wyrzutni i prowadzona tam działalność były okryte mgłą tajemnicy, do której dorobiono sensacyjną legendę. Utrzymywano, i to niejednokrotnie w poważnych publikacjach, że na terenie Łeby prowadzono próby z cudowną bronią Hitlera V 1 i V 2. Zresztą sami łebianie o wyrzutni na wydmach nie wyrażali się inaczej, niż vauka.

   Wynikało to z pewnością z powszechnej znajomości tego systemu, gdyż medialnie tylko on był rozpropagowany, z całkowitym pominięciem informacji na temat innych typów rakiet testowanych przez III Rzeszę. Wiemy na pewno, że badania nad bronią  V 1 i V 2 nie były tu prowadzone. Przeznaczono na nie poligon Peenemünde na wyspie Uznam. 

  Kolejną legendą dotyczącą nie tyle samej wyrzutni co wydm, była pogłoska o ćwiczeniach jednostek podległych feldmarszałkowi Rommlowi, przed kampanią afrykańską (luty 1941 - maj 1943). Niektórzy autorzy prześcigali się w liczbach i podawali coraz to bardziej sensacyjne informacje, dochodzące do 5 tys. żołnierzy, dziesiątków czołgów, wozów bojowych itp...  Na ten temat nie ma żadnych dowodów i również we wspomnieniach dawnych łebian ten wątek jest pomijany milczeniem. Kilku pytanych przeze mnie rozmówców stwierdziło, że słyszą o tym po raz pierwszy. 

   Owszem, jak wspomniałem w Rąbce szkolono rekrutów na potrzeby Kriegsmarine, dlatego obecność ćwiczącego wojska na pobliskich wydmach wydaje się być czymś oczywistym. Każdy żołnierz niezależnie od formacji, zanim trafił do jednostki bojowej przechodził szkolenie podstawowe, polegające głównie na nauce musztry, strzelania i wylewaniu hektolitrów potu w terenie. Lasy i wydmy na mierzei zdają się robić wrażenie, że nadają się do tego celu wyśmienicie. 

  Ciekawostką dotyczącą Rąbki jest fakt, że ta osada mimo bezpośredniego sąsiedztwa z Łebą, administracyjnie nigdy w przedwojennej historii nie należała do miasta. Aż do roku 1945 była przypisana do domeny smołdzińskiej w powiecie słupskim. Załatwianie spraw urzędowych wiązało się z podjęciem prawdziwej wyprawy do siedziby władz terenowych. Sporym udogodnieniem była przynależność szkolna i parafialna wsi do Łeby. Również Urząd Stanu Cywilnego w Łebie obsługiwał mieszkańców Rąbki w zakresie prowadzenia ksiąg stanu cywilnego.
 
 
 
 
Wojna na morzu
 
 
 
   Łeba z racji swojego nadmorskiego położenia była świadkiem wielu tragedii, rozgrywających się w jej pobliżu na Bałtyku w czasie drugiej wojny światowej. Wprawdzie miasto posiadało port, ale ze względu na jego niewielkie rozmiary i niewystarczającą głębokość basenu, nie był on wykorzystywany przez Kriegsmarine. Kilka z tych tragedii chciałbym przedstawić.

   Mało znanym epizodem w obszernym katalogu nieszczęść na morzu, jest zatopienie szwedzkiego  statku handlowego ,,Bengt Sture” w odległości 19,4 mili morskiej od Łeby (pozycja 55° 02′ 30" N, 17° 39′ 32" E). Był to niewielki masowiec o nośności 1350 DWT, kursujący z ładunkiem węgla z Gdańska do portów szwedzkich i niemieckich. Jego właścicielem było towarzystwo żeglugowe AB ,,Erurtsh” z Trelleborgu.  

    28 października 1942 roku jak zwykle przyjął  ładunek węgla w porcie gdańskim i udał się utartym szlakiem do Szwecji. Nic, łącznie z pogodą nie zapowiadało, że może to być ostatni rejs. Kiedy krótko przed północą statek osiągnął wysokość Łeby, został dostrzeżony przez patrolujący ten rejon sowiecki okręt podwodny SC-406. Kapitan Osipow bez rozpoznania jednostki przystąpił do ostrzału torpedowego, który zresztą okazał się niecelny i dwie torpedy przeszły bokiem. Po przeprowadzeniu dyslokacji i zajęciu nowej pozycji, wystrzelona trzecia torpeda dosięgła celu. 

   Było już po północy, kiedy załoga trafionego statku opuszczając pokład, zmierzyła się oko w oko ze swoim oprawcą. Dopiero wówczas z oczu kapitana Osipowa zniknął błysk satysfakcji, charakterystyczny u podwodniaków po celnym torpedowaniu.  Zatopił jednostkę państwa neutralnego! Co się stało z ludźmi, którzy przeżyli katastrofę? Słuch o nich zaginął. Według oficjalnych raportów zostali oni zabrani na pokład okrętu podwodnego i przewiezieni na ląd w ZSRR. Dalszy ciąg jest okryty mgłą tajemnicy, w każdym razie żaden z nich nie wrócił już do swojej ojczyzny.


     W czasie ćwiczeń na morzu 8 września 1943 roku, w pobliżu Łeby doszło do poważnej kolizji dwóch okrętów podwodnych Kriegsmarine, skutkiem której jeden zatonął. Oba okręty były jednostkami nowymi, przekazanymi do eksploatacji latem tego samego roku i należały do 5 flotylli. Ich wspólną cechą była konstrukcja, bowiem pochodziły z tej samej serii VII C, okrętów przeznaczonych do działań atlantyckich. Ich producentem była hamburska stocznia Blohm & Voss. Seria VII była najliczniejszą wśród niemieckich okrętów podwodnych, gdyż łącznie wyprodukowano ponad 700 jednostek w 12 różnych stoczniach.

Kilka danych technicznych obu uszkodzonych okrętów:

długość - 67 m,

wyporność nawodna - 769 ton,

prędkość nawodna - 17 węzłów,

prędkość podwodna - 7,8 węzła,

moc maszyn spalinowych - 3200 KM,

moc maszyn elektrycznych - 750 KM,

zasięg na powierzchni - 6500 mil morskich,

załoga - od 44 do 52 osób.

   Testowanymi łodziami były U-988 pod dowództwem porucznika marynarki Ericha Dobbersteina i U-983 z porucznikiem Hansem-Heinrichem Reimersem jako dowódcą. Na skutek zderzenia oba okręty uległy znacznym uszkodzeniom, a U-983 w wyniku rozległego rozszczelnienia kadłuba zatonął.  Morze pochłonęło 5 marynarzy, a pozostałych 38 uratowała druga jednostka.
 

Porucznik marynarki Erich Dobberstein (1919-1944) dowodził niemieckim okrętem podwodnym U-988, który 8 września 1943 roku zawitał do Łeby po pomoc.
 
  Ocalały okręt obrał kurs do najbliższego portu i całą naprzód ruszył do Łeby, w celu wypompowania wody i prowizorycznego załatania wyrwy w poszyciu. Tym samym uniknął znacznego przegłębienia na skutek przyboru wody i w efekcie zatonięcia. Pompy okrętowe nie były w stanie nadążyć z napierającą wodą, więc poproszono do pomocy miejscowych strażaków z motopompą. Akcja się powiodła i po wykonaniu zabezpieczeń, łódź o własnych siłach dopłynęła do stoczni w Kilonii. Jednostka po remoncie jeszcze przez kilka miesięcy pełniła służbę i znalazła swój koniec, wraz z całą załogą, w wodach Kanału La Manche (29 czerwca 1944 r.). 

 

MS "Wilhelm Gustloff"

 
   18 mil morskich (ok. 33 km) na północ od Łeby, na pozycji 55o 07' 27,7''N i 17o 42' 14,6''E znajduje się największe cmentarzysko morskie w historii żeglugi. Spoczywa tam na dnie wrak statku pasażerskiego ,,Wilhelm Gustloff”, a wraz z nim kilka tysięcy ofiar. W literaturze spotyka się bardzo różne określenia pozycji. Dane, które przedstawiłem, uzyskałem od zaprzyjaźnionego oficera marynarki wojennej, który zapewnił mnie o ich rzetelności.

   Statek, jak i nazwa, służyły nazistowskiej propagandzie do pokazania opiekuńczej i socjalnej postawy reżimu. Jego właścicielem była organizacja ,,Kraft durch Freude” (Siła przez Radość). Patronem jednostki, od którego przyjęto nazwę, był jeden z czołowych liderów NSDAP, zażarty antysemita i propagator idei, zastrzelony w 1936 roku przez zamachowca.
   
   Zbudowany przez hamburską stocznię ,,Blohm und Voss”, w marcu 1938 roku odbył swój dziewiczy rejs. Nośność statku 5747 DWT (25484 BRT), długość 208,5 metra, moc maszyn 9,5 tys. koni mechanicznych, zanurzenie 7 metrów, prędkość 15,5 węzła, zasięg 12 tys. mil morskich. Wyposażenie "Gustloffa”, jak na instytucję taniego wypoczynku, było bardzo przyzwoite. Na kilku pokładach umieszczono m.in. boisko, salę gimnastyczną, teatr, restaurację, basen, szpital, pralnię, zakład fryzjerski itp... Potwierdzeniem ludowego charakteru statku miały być kabiny w jednym standardzie, bez podziału na klasy. 

 

                Robotnicy wypoczywający na pokładzie statku pasażerskiego "Wilhelm Gustloff" 

                       "Wilhelm Gustloff" był najczęściej przedstawianym statkiem na niemieckich widokówkach.

Jadalnia przednia. Stoły dla 10 i 12 osób pozwoliły zaoszczędzić sporo miejsca, a także ułatwiały nawiązanie kontaktów towarzyskich wśród pasażerów.

Posiadacz tej karty stołowej (Tischkarte) spożywał posiłki w jadalni przedniej, w pierwszej grupie, przy stole nr. 9, siedząc na krześle nr. 6. Rozkład posiłków dla pierwszej grupy wyglądał następująco: śniadanie - 7:00, obiad - 11:30, podwieczorek - 16:00 i kolacja - 18:30. Czas posiłków był każdorazowo ogłaszany za pomocą specjalnego sygnału, odgrywanego na trąbce.


   Po wybuchu wojny statek pełnił przejściowo rolę okrętu szpitalnego Kriegsmarine, a od listopada 40 roku służył jako baza mieszkalna dla 2  Dywizjonu Szkolnego Łodzi Podwodnych w Gdyni i tam cumował do początków 1945 roku. W związku z sytuacją na froncie  podjęto decyzję o ewakuacji dywizjonu, a środkiem transportu miał być ,,Gustloff”. Przez kilka lat postoju w porcie, bez wystarczających prób maszynowych i remontów, stan okrętu był nie najlepszy. Nieużywane od lat mechanizmy, często pordzewiałe i niesprawne, wymagały koniecznej konserwacji i napraw, a czas naglił. 

    Dane co do rzeczywistej liczby pasażerów zabranych w ostatni rejs są rozbieżne i oscylują w granicach od 8 do ponad 10 tys., chociaż według oficjalnego wykazu na pokładzie miało się znajdować 7956 osób. Ta rozbieżność wynika z faktu nieewidencjonowanego, dzikiego zaokrętowania się pewnej liczby uciekinierów z Prus Wschodnich i Gdańska, których według wielu historyków mogło być nawet 2,5 tys. Dlatego badacze zagadnienia najczęściej przyjmują wersję, mówiącą o ok. 10,5 tys. pasażerów. Po linii wojskowej zaokrętowanych zostało ok. 1500 żołnierzy i marynarzy, w tym 162 rannych. 

   W składzie tej grupy najliczniejsi byli kadeci z Dywizjonu Szkolnego, których zaokrętowano w liczbie 918. Oprócz wojska, z formacji mundurowych na pokładzie znajdowało się jeszcze 340 dziewcząt ze służby pomocniczej Kriegsmarine, a resztę stanowili cywile. Kapitanem statku był Friedrich Petersen, a komendantem wojskowym Korvettenkapitän (komandor podporucznik) Wilhelm Zahn. 

   30 stycznia 1945 roku ok. godziny 13. cumy zostały rzucone i w towarzystwie słabej eskorty starek wyruszył w rejs do Kilonii. Dokładnie w tym dniu przypadała 12 rocznica dojścia Hitlera do władzy. Jego przemówienie było transmitowane przez radio, podłączone do radiowęzła okrętowego. Słuchaczom trudno było uwierzyć w zapewnienia Führera, że nie wszystko jeszcze stracone. Sytuacja, w której się znaleźli aż nadto wskazywała, że to koniec mrzonek o tysiącletniej Rzeszy. 

  Na skutek różnicy zdań w kwestii bezpieczeństwa i odpowiedzialności za statek, pomiędzy komendantem, a kapitanem doszło do zatargu na polu podziału kompetencji. W jego wyniku, już po zmroku zapalono na pewien czas światła pozycyjne statku, co jak się okazało, miało najtragiczniejszy w dziejach żeglugi skutek. Na wysokości przylądka Rozewie statek został dostrzeżony przez sowiecką łódź podwodną S-13, która następnie podążała kursem równoległym do ,,Gustloffa”, w celu dogonienia go i zajęcia dogodnej pozycji do ataku. 

   Okręt podwodny dla uzyskania większej prędkości i uniknięcia rozpoznania płynął w wynurzeniu, pomiędzy przyszłą ofiarą, a lądem i po dwóch godzinach ją dogonił. Kilkanaście minut po 21. dowódca sowieckiego okrętu Aleksander Iwanowicz Marinesko wydaje rozkaz odpalenia 4 torped. Jedna z nich na skutek awarii nie została wystrzelona. Trzy torpedy z odległości 700 metrów precyzyjnie doszły do celu, uderzając w dziób, śródokręcie i maszynownię. Statek tonie... 

 

Miejsca trafienia torped wystrzelonych z radzieckiej łodzi podwodnej S-13 w kolejności od lewej. Przy tak rozległych uszkodzeniach spowodowanych potrójnym torpedowaniem, "Gustloff" nie miał żadnych szans utrzymania się na powierzchni. Po ok. 60 minutach poszedł na dno.

 


Radziecka łódź podwodna S-13 na rosyjskim znaczku pocztowym z roku 1996.

   Wysłane z ,,Gustloffa” sygnały SOS zostały odebrane przez okręty znajdujące się w pobliżu, które natychmiast ruszyły w rejon tragedii. Jednak akcja podejmowania rozbitków przebiegała bardzo opieszale, gdyż kapitanowie jednostek ratowniczych z uwagi na niebezpieczeństwo ataku podwodnego, co chwila zmieniali pozycję. Trudno powiedzieć ilu ludzi zginęło, prościej jest powiedzieć, że około 1000-1200 osób uratowano. Innymi słowy, uratował się tylko co dziesiąty pasażer! 

   Przyczyną tak gigantycznych strat w ludziach było pięciokrotne przeładowanie statku. W normalnych warunkach zabierał on 1463 pasażerów oraz 417 członków załogi i dla tylu było miejsc w szalupach ratunkowych. Na pokładzie znajdowały się wprawdzie dodatkowe szalupy i tratwy (ok.2 tys. miejsc), jednak w chaosie i panice po torpedowaniu, a następnie silnym przechyle bocznym, zaistniały trudności z ich przymocowaniem do wind lub wodowaniem.  Ludzie, którzy znaleźli się w lodowatej wodzie nawet mając założone kamizelki ratunkowe, mogli przeżyć najwyżej kilkanaście minut.

   Dla wspomnianej grupy dziewcząt ze służby pomocniczej Kriegsmarine, kwaterę wyznaczono w... opróżnionym basenie kąpielowym. Los obszedł się z nimi nadzwyczaj tragicznie. Katastrofę przeżyły tylko dwie. W 1992 roku, niemiecka marynarka wojenna przeprowadziła dziesięciodniową eksplorację wraku. Na zdjęciach i materiale filmowym utrwalono m.in. liczne, porozrzucane na dnie Bałtyku fragmenty glazury, którą zbiornik był wyłożony. Dlatego przyjęto założenie, że druga torpeda trafiła w niego bezpośrednio, ewentualnie w jego pobliże. Basen znajdował się odległości ok. 50 m od dziobu, mniej więcej na wysokości linii wodnej (poziom morza).

                        Basen kąpielowy na "Gustloffie".

   Do dzisiaj trwają dyskusje czy kapitan Marinesko miał moralne prawo zatopić statek pasażerski z cywilami? Fakty są takie: Od 1940 roku był on w dyspozycji Kriegsmarine, czyli formalnie mógł być uznany za okręt wojenny, na pokładzie którego było transportowane wojsko. Fakt przewożenia zdolnego do walki wojska z bronią, bezsprzecznie sankcjonuje podjęcie ataku. Tak przynajmniej wynika z "Protokołu londyńskiego" z 1936 r. - będącego obowiązującą wówczas międzynarodową wykładnią prawa prowadzenia wojny przez okręty podwodne.

   Pomieszanie cywilnych uciekinierów z wojskiem zdolnym do walki na jednym statku, czyniło z niego w myśl ówczesnego prawa transportowiec wojskowy, a więc cel dozwolony. Zdecydowana większość niemieckich publicystów zdaje się tego "drobnego" faktu nie dostrzegać, albo jest on im zgoła nieznany. Z  posiadanych przeze mnie informacji nie wynika, żeby "Gustloff" płynął z oznakowaniem Czerwonego Krzyża, którego legalność w tym przypadku byłaby dyskusyjna. 

   Z drugiej strony Marinesko wiedział, że statek pasażerski nie jest okrętem bojowym i nie służy do celów taktycznych, lecz do przewozu ludzi, w tym przypadku przede wszystkim uciekinierów wojennych. Marinesko jest jedynym człowiekiem w historii broni podwodnej, który posłał tylu ludzi na dno. Do długiej listy jego ofiar należy doliczyć ok. 3 tys. osób z zatopionego 10 lutego 1945 r. na północ od Ławicy Słupskiej statku ,,Steuben” (46,5 mili na pn-zach od Łeby). 

 Aleksander Iwanowicz Marinesko - urodził się w 1913 roku w Odessie. Po maturze podjął studia w tamtejszej Wyższej Szkole Marynarki Wojenej, która obecnie nosi jego imię. Po wojnie był bohaterem licznych ekscesów pijackich oraz został skazany przez sąd za przestępstwo kryminalne. Obniżono mu stopień wojskowy do porucznika. Zmarł w 1963 roku w Leningradzie (obecnie St. Petersburg) na raka krtani. W roku 1990 Michaił Gorbaczow przyznał mu pośmiertnie najwyższe radzieckie odznaczenie - "Bohatera Związku Radzieckiego".


  Przez kilka tygodni morze wyrzucało na brzeg zwłoki pasażerów z ,,Gustloffa”, z czego wiele w rejonie Łeby. Początkowo przewożono je do hali targowej w Gdyni, gdzie dokonywano identyfikacji, co w bardzo wielu przypadkach okazało się niemożliwe. Miejscem pochówku ofiar, które przetransportowano do Gdyni, był tamtejszy cmentarz Witomino.

   W późniejszym okresie, z uwagi na sytuację wojenną, zaprzestano transportowania zwłok  i chowano je bez identyfikacji w zbiorowych mogiłach, najczęściej na wydmach lub w przyległych lasach. Posiadam niesprawdzone wiadomości co do miejsca jednego zbiorowego pochówku w rejonie Łeby. Z uwagi na charakter sprawy, wstrzymam się od jego wskazania.        

   Prowadzone eksploracje wraku w okresie powojennym, nie zawsze odbywały się z poszanowaniem wiecznego spoczynku ofiar. Między innymi za pomocą materiałów wybuchowych usunięto niektóre części statku, stanowiące przeszkody nawigacyjne. 8 sierpnia 1979 roku nurkowie pracujący na holowniku ,,Koral” wydobyli na powierzchnię dzwon z ,,Gustloffa”, a dokładnie tylny gong. Przez pierwsze lata eksponowano go w maleńkim Muzeum Ratownictwa Morskiego w Łebie, a następnie zdeponowano w magazynie Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku. 

   W latach 1992-2001 zapomniana pamiątka z największej katastrofy morskiej w dziejach, była wystawiona na widok publiczny w siedzibie Polskiego Ratownictwa Okrętowego w Gdyni. Po podziale firmy na PRO i SAR, zabrakło miejsca na ekspozycję. Wówczas wypożyczono dzwon jednej z gdyńskich restauracji, gdzie potraktowano go jako element dekoracyjny. To niezbyt godne miejsce wywołało falę kontrowersji i protestów, zwłaszcza w  środowisku mniejszości niemieckiej w Polsce. W chwili obecnej (2006) dzwon jest eksponowany w holu Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku przy ulicy Szerokiej 67/68.

 





Copyright © 2007-2015 by Jarosław Gburczyk
Prawa autorskie zastrzeżone


 
  76 odwiedzający (137 wejścia) dzisiaj.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=