Historia Łeby
  Łeba w czasie II wojny św.
 


Łeba w czasie II wojny św.

Jeńcy wojenni
Robotnicy przymusowi
Z dala od wojny
Listy żołnierskie
Rok 1945




Jeńcy wojenni


   Po zakończeniu kampanii francuskiej, w czerwcu 1940 roku do Łeby trafiło ok. 20-25  jeńców francuskich i belgijskich. Wykorzystywano ich do pracy przede wszystkim w rolnictwie, w miejsce zmobilizowanych pracowników oraz do pomocy  przy przetwórstwie ryb. Nie posiadam informacji, żeby zatrudniano ich na kutrach rybackich na morzu. Obóz jeniecki znajdował się przy ulicy Nowęcińskiej w budynku określanym jako dom ubogich. Był to przedostatni budynek po lewej stronie ulicy. Stanowił  z pewnością własność miasta lub kościelnej organizacji dobroczynnej.

   Warunki bytowe w tym mini obozie były relatywnie dobre i jeńcy nie głodowali. Wszystkie relacje są zgodne, że traktowano ich humanitarnie, mogli w miarę swobodnie poruszać się po mieście,  regularnie otrzymywać korespondencję i paczki z domu, jak również  z Czerwonego Krzyża. Przyczyn takiego uprzywilejowania należy się doszukiwać w porozumieniu kolaboracyjnego rządu Vichy z rządem Rzeszy, w sprawie traktowania francuskich jeńców wojennych.

   Jedynym strażnikiem i zarazem szefem tego stalagu, był starszy wiekiem żołnierz Wehrmachtu, który pewnie nie nadawał się do walki na pierwszej linii. Do pracy byli odprowadzani osobiście przez komendanta i tam pozostawali bez nadzoru. Po zakończonym dniu byli odbierani i odprowadzani na ulicę Nowęcińską. W późniejszym okresie wyjścia i powroty z pracy odbywały się bez nadzoru.

   Stosunek ludności do jeńców francuskich był poprawny i nie zanotowano przypadków jawnej nienawiści czy wrogości. Część z nich zaprzyjaźniła się z robotnicami przymusowymi z Ukrainy i w tym przypadku nikt nie robił większych przeszkód. Krew nie woda, więc i co niektórzy ponawiązywali intymne stosunki z dziewczętami ze wschodu. Jedna z kobiet była znana pod imieniem Anastazja.   

                      W tym białym domu przy ul. Nowęcińskiej mieścił się obóz dla jeńców francuskich.
                                                                                                                          Foto: Karol Trylewicz



   Od 1944 r. w dalece mniej humanitarnych warunkach przebywali w Łebie jeńcy radzieccy. Kwaterowano ich w małych drewnianych barakach w rejonie obecnej ulicy Parkowej. Ich liczba jest rozbieżna u różnych autorów i oscyluje w granicach 20-30 osób. Obóz był ogrodzony drutem kolczastym i do pracy byli prowadzeni pod nadzorem. Również na miejscu wykonywania robót nadzór prowadzili uzbrojeni strażnicy.

   Przeważnie zatrudniano ich przy budowie dróg i innych podobnych czynnościach. W pamięci mieszkańców wyglądali na wymizerowanych i wygłodzonych. Kontakty z miejscową ludnością były sporadyczne i podszyte interesownością w zdobyciu pożywienia. Jest to zupełnie naturalny odruch. Generalnie w całej Rzeszy jeńcy sowieccy byli najgorzej i najokrutniej traktowani ze wszystkich narodowości.

   Innym miejscem, gdzie więziono jeńców radzieckich, była Rąbka. Obóz był zlokalizowany kilkaset metrów za wjazdem na teren obecnego Słowińskiego Parku Narodowego, po prawej stronie. Składał się z kilku niskich na wysokość człowieka baraków, krytych słomą. W zimie ogrzewano je żelaznymi piecykami. Cały obiekt był ogrodzony 3-metrowym płotem z drutu kolczastego. Również małe okienka baraków miały okratowania z drutu.  Za jedyne oświetlenie służyła centralnie ustawiona latarnia. Znajdowało się w nim 80 jeńców w wieku 30-40 lat. 

   Najmłodszy z nich, 25-letni czerwonoarmista o imieniu Pawel, był tłumaczem. Nadzór sprawowało 4 starszych żołnierzy, którzy prowadzili ,,niezbyt ścisły dozór”. Rosjan zatrudniano przy budowie betonowej drogi, prowadzącej do stanowiska nr 2 Rakietowej Stacji Doświadczalnej na Mierzei Łebskiej.

   Niedziela była dniem wolnym od pracy i wówczas jeńcy wykonywali różne przedmioty, przeważnie drewniane zabawki dla dzieci, które następnie wymieniali w mieście na żywność. Na tydzień przed wkroczeniem wojsk radzieckich do Łeby, obóz został ewakuowany i jeńców wywieziono ciężarówkami. Ich dalszy los jest nieznany.
 
    W okresie wojny w Łebie i najbliższej okolicy nie przetrzymywano jeńców polskich. Sprawą oczywistą dla każdego  walczącego państwa jest przetrzymywanie jeńców z dala od granic ich własnego kraju. W ten sposób pozbawia się ich ewentualnej pomocy z zewnątrz przy próbie  ucieczki. Spore odległości i konieczność poruszania się na terytorium wroga powodowały, że tylko nielicznym udało się skutecznie uciec.*)
____________
*) Zagadnienie o jeńcach wojennych opracowano na podstawie relacji 4 byłych mieszkańców Łeby. BdL - Buergerbrief nr. 6
 
 
 


Robotnicy przymusowi


   W mieście i okolicznych wsiach pracowała pewna liczba polskich robotników przymusowych oraz robotnicy z innych państw. W nomenklaturze urzędowej nazywano ich "cywilnymi robotnikami cudzoziemskimi" (ausländische Zivilarbeiter). Oficjalnie nie używano określenia robotnicy przymusowi, tuszując w ten sposób niewolniczy charakter przedsięwzięcia. Najbardziej produktywnych mężczyzn Hitler wysłał na front i dlatego brakowało rąk do pracy. 

   W Łebie zatrudniano ich głównie w rolnictwie, ale też w przetwórstwie, budownictwie, rzemiośle i produkcji. Kobiety pracowały przeważnie jako pomoce domowe, kucharki, sprzątaczki, robotnice rolne, itp. Wszyscy robotnicy przymusowi musieli posiadać na ubraniu przyszyty znaczek z literą P, jako oznacznikiem narodowości polskiej. Robotników z Europy Wschodniej oznaczano napisem Ost (wschód). Obywatele podbitych państw zachodnich nie byli w ten sposób znakowani.

Znaczki wyróżniające polskich i wschodnioeuropejskich robotników przymusowych w III Rzeszy.


   Ogólnie na roboty do Rzeszy zesłano z państw okupowanych kilka milionów osób cywilnych, z których pokaźną część stanowili obywatele polscy. Według danych Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, liczba polskich robotników przymusowych w III Rzeszy oscylowała wokół 2,8 mln osób. Ich traktowanie przez niemieckich pracodawców było różne, od skrajnego upodlenia i fizycznego wyzysku do relacji humanitarnych. Robotników zatrudnionych w dużych przedsiębiorstwach najczęściej kwaterowano w systemie koszarowo-obozowym, w podłych i nieludzkich warunkach.

   Wynagrodzenie robotników przymusowych wynosiło mniej więcej połowę wynagrodzenia Niemca na konkretnym stanowisku, z czego odciągano jeszcze 45 RM na nocleg i wyżywienie. W praktyce otrzymywali oni na rękę od 6 do 39 marek miesięcznie. (Niemiecki robotnik zarabiał w granicach 120-150 marek). Najmniej dostawali robotnicy rolni, natomiast wysoko kwalifikowani fachowcy w przemyśle otrzymywali nieco wyższe stawki. Tak niskie zarobki miały charakter wyzysku i represji w stosunku do obywateli państw okupowanych, zwłaszcza, że dzień pracy trwał zazwyczaj 12 godzin.

   Swego czasu rozmawiałem z nieżyjącym już panem S., mieszkańcem Łeby od 1945 roku. W czasie wojny był on robotnikiem w gospodarstwie, w jednej z podłebskich wsi. Razem z nim pracowało u bauera jeszcze dwóch innych Polaków. Synowie gospodarza zostali powołani do Wehrmachtu, a oni pracowali za nich. Stosunki ze swoim pracodawcą określał jako dobre. Wszyscy zasiadali przy wspólnym stole do posiłków i wspólnie obchodzili święta, co podobnie jak inne formy spoufalania się,  było zabronione. 

   Z niezwykłą surowością karano robotników przymusowych, których oskarżano o utrzymywanie stosunków seksualnych z Niemkami. W wielu przypadkach ofiary tej zakazanej miłości stawiano na szubienicy. Natomiast niemieckie kobiety przyłapane na spółkowaniu z robotnikiem przymusowym, najczęściej były publicznie hańbione poprzez obcięcie włosów i pędzenie przez miejscowość z szyldem na piersi, który informował o ich przestępstwie.  

   Praca w gospodarstwie zawsze jest ciężka, ale gospodarz pana S. nie zwracał uwagi, jeśli ktoś zrobił sobie krótką przerwę na papierosa czy mały odpoczynek. Niedziela była dniem wolnym i można było wyjść na przepustkę. Pracodawca po zakończeniu pracy nie utrudniał kontaktów z innymi Polakami z sąsiednich gospodarstw. Na święta wszyscy pracownicy otrzymywali prezenty, przeważnie coś z ubrania, a pan S. na któreś Boże Narodzenie dostał buty. Od czasu do czasu za ,,dobre wyniki” otrzymywał tytoń i bibułki, a na urodziny butelkę sznapsu. Po zakończeniu wojny osiedlił się w Łebie i do końca życia utrzymywał kontakty z rodziną dawnego pracodawcy, która obecnie mieszka w Niemczech. 

   Nie wszyscy robotnicy przymusowi mieli takie warunki. Pan R., również nieżyjący już mieszkaniec Łeby, był na robotach w głębi Rzeszy i jego wspomnienia z tamtego okresu były nasączone goryczą. Ze smutkiem na twarzy mówił o katorżniczej pracy, o zdemoralizowanym bauerze-alkoholiku, który za byle co stosował różne kary. W dniu wkroczenia Amerykanów do wsi, w której przebywał, gospodarz wmawiał mu dobre traktowanie, aby uniknąć ewentualnych konsekwencji.
 

Tygodniowa karta zaopatrzeniowa dla robotnika przymusowego z 1942 roku. Jak łatwo policzyć, jej właścicielowi przysługiwało 2250 g chleba, 350 g mięsa lub wyrobów mięsnych, 175 g marmolady, 225 g cukru, 125 g masła, 80 g margaryny, 62,5 g sera, 62,5 g kawy zbożowej i 125 g innych produktów spożywczych. Wymienione ilości zabezpieczały zaledwie 1400 kcal dziennie, natomiast resztę starano się uzupełniać warzywami i ziemniakami, oraz żywnością zdobywaną pokątnie. Z powyższego wynika, że oprócz przymusowej pracy na rzecz wroga, jej wykonawcy byli programowo niedożywiani.

Plan Łeby z drugiej połowy lat 30, wydany przez administrację Kąpieliska w nakładzie 15 tys. egzemplarzy. Jego autor popełnił kilka błędów, np. podał nieprawidłowy przebieg ulicy Bismarckstrasse (Obr. Westerplatte). 
                                                                                                                                  (arch: Manfred Lawrenz)
 
Zobacz plan w dużym powiększeniu 


Z dala od wojny



   Po opanowaniu połowy Europy Hitler ruszył na  Związek Sowiecki, aby w myśl hasła ,,Drang nach Osten” zdobywać ,,przestrzeń życiową na wschodzie”. Początkowo front posuwał się w szybkim tempie, niejednokrotnie po kilkadziesiąt kilometrów na dobę. Atak na ZSRR był wielkim zaskoczeniem dla Stalina. Brakowało mu precyzyjnego planu na wypadek niemieckiej inwazji. Do tego przetrzebione w 1937 roku wyższe kadry dowódcze nie potrafiły zapanować nad sytuacją. W latach 30. Stalin wymordował ponad 30 tys. oficerów, w tym 3 spośród 5 marszałków. 
 
  Jednym z kierunków uderzenia na wschodzie był rejon Stalingradu, który był bramą do kaukaskich złóż ropy naftowej. 15 lutego 1942 roku propagandowa gazeta ,,Völkischer Beobachter”, wychodząca w nakładzie 1,5 miliona egzemplarzy, pokazała wstrząsające zdjęcia  z rejonu Stalingradu, przedstawiające setki zamarzniętych trupów żołnierzy sowieckich. Ironiczny komentarz mówił, że tak wygląda niezwyciężona Armia Czerwona. Po długich i wykrwawiających obie strony walkach o miasto, przebieg wojny znalazł się w punkcie zwrotnym. 

  Przyjrzyjmy się wydarzeniom w Łebie z okresu wojny. Na wiosnę 1940 roku przeprowadzono ogólnoniemiecką "narodową zbiórkę metali" - dużą akcję zbierania złomu na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wszystko, co nadawało się do przetopienia trafiało na miejsce zbiórki. Najcenniejsze i najbardziej pożądane były oczywiście metale szlachetne i kolorowe. Na terenie gminy Łeba akcja ta miała szeroki, żywiołowy wręcz przebieg. Bywało, że niektórzy nadgorliwcy łamali stare żelazne krzyże czy elementy ogrodzenia
na cmentarzach, nie zawsze za zgodą opiekunów grobów. Tak było m.in. w  Żarnowskiej. 

   Zgodnie z pismem landrata do burmistrza Łeby z 16 kwietnia 1940 r. ostatnim dniem zbiórki był dzień 20 kwietnia. Nawiasem mówiąc, w tym dniu przypadała 51 rocznica urodzin Hitlera. Wszystkie zebrane w powiecie metale odstawiono do Lęborka, gdzie utworzono centralne składowisko. Ostatnim etapem operacji była wysyłka złomu wagonami towarowymi do zakładów metalurgicznych*).

   Po zajęciu Norwegii w kwietniu 1940 roku, Niemcy zapewniły sobie dostęp do potężnych złóż rudy żelaza. Dodatkowym źródłem zaopatrzenia były z pewnością surowce wtórne z zajętej Polski, Francji i krajów Beneluksu. Zorganizowane zbieranie złomu żelaznego i metali kolorowych prowadzono jeszcze w późniejszym okresie i łupem zbieraczy padły m.in. dwa piękne, dziewiętnastowieczne  lichtarze z kościoła.
 ____________
*) Kopia pisma w  zbiorach autora

Przedstawiciele miejscowej klasy średniej na spacerze. Od lewej: Helmut Börke - właściciel piekarni, Moderegger - kierownik banku i Zimmer - kupiec. Zdjęcie z okresu wojny.
                             
                                                                                                                  (arch: Willi Börke)

Helene i Max Rademacher (funkcjonariusz Urzędu Celnego w Łebie) z dziećmi na boisku.  Fotografia z okresu wojny.
                                                                                                                                            (arch: Petra Zanke)

W 1943 roku do armii powoływano już 17-letnich młodzieńców. Od lewej: Schwichtenberger, Willi Börke (rocznik 1926), Klapholtz i Kurt Gillmann. Zdjęcie wykonano na dzisiejszej ulicy Wojska Polskiego (ówcześnie Adolfa Hitlera). 
                                                                                                                                               (arch: Willi Börke)



   W drugim roku wojny wprowadzono przepisy, zobowiązujące właścicieli morskich jednostek pływających do poddania statków przeglądowi i rejestracji, w celu ewentualnego wykorzystania przez Kriegsmarine. W Łebie dotyczyło to wyłącznie kutrów rybackich. Małe łodzie były z tego wyłączone. Portami, gdzie dokonywano ,,mobilizacji” kutrów, były m.in. Ustka i Świnoujście. Wszystkim szyprom z miasta termin wyznaczono na dzień 10 sierpnia 1940 roku. Puszczając wodze wyobraźni widzę, jak potężna armada złożona z 60 kutrów w karnym szyku podąża kursem na Ustkę. Wrażenia dla ówczesnego obserwatora musiały być niesamowite.

   Militaryzacja niemieckiej floty rybackiej była podporządkowana planowanej na wrzesień 1940 roku "Operacji Lew Morski" (Unternehmen Seelöwe), która przewidywała desant i inwazję wojsk niemieckich na Wielką Brytanię od strony morza. Kriegsmarine z ówczesną, skromną jak na tak poważne działanie flotą, nie byłaby w stanie tego dokonać wyłącznie własnymi środkami. Jak wiemy silniejsze i sprawniejsze siły morskie oraz lotnictwo Wielkiej Brytani sprawiły, że do przeprowadzenia inwazji nigdy nie doszło.

   Anglicy posiadali w tym okresie znacznie mniej samolotów myśliwskich od Niemców. Jednocześnie posiadali coś, czego nie doceniał ani Göring, ani Hitler, mianowicie radar. Rozwinięty system stacji radarowych do wykrywania samolotów wroga, w zasadniczy sposób umożliwił im panowanie w powietrzu.

   Pomimo odwołania operacji ok. 30 łebskich kutrów było wykorzystywanych przez Kriegsmarine, przeważnie do celów logistycznych i jako jednostki pomocnicze. Z tej liczby 5 poszło na dno, najczęściej na skutek eksplozji min morskich lub nalotów. Wśród zatopionych jednostek znajdowały się kutry nr 14, 17, 24, 26 i 46.  Żaden z nich nie zatonął w rejonie Łeby.
 

   Praktycznie przez cały okres wojny rybacy wypływali w morze na połowy. Morze Bałtyckie, w przeciwieństwie do Północnego, było uważane za stosunkowo bezpieczne dla rybołówstwa, ale i tak wielu szyprów wolało trzymać się bliżej brzegów i nie zapędzać poza linię horyzontu. Generalnie na Bałtyku nie było sowieckich ani alianckich  jednostek nawodnych, z uwagi na brak zaplecza portowego i możliwości niezauważonego przejścia przez cieśniny duńskie. W latach 1942 i 1943 r. zablokowana radziecka flota na Bałtyku, zgromadziła się na wodach Zatoki Fińskiej w rejonie Leningradu i Kronsztadu. 

       Łodzie podwodne wolały nie ryzykować wynurzenia dla oddania strzału z działa, bo to żaden honor zatopić kuter, a możliwość dekonspiracji rejonu operacyjnego była wielka. Nie słyszałem, żeby w czasie drugiej wojny światowej jakiś kuter rybacki poszedł na dno od uderzenia torpedy. Który kapitan poświęciłby pocisk wartości luksusowego mercedesa (25 tys. RM), dla ustrzelenia celu bez znaczenia?  

 
 

Sezon urlopowy roku 1941. W pierwszych latach wojny, kiedy Niemcy wygrywały jeszcze na wszystkich frontach, turystyka działała na poziomie zbliżonym do okresu pokoju.
 

 


Fotografia z roku 1941 przedstawia wędkarzy na molo wschodnim. Ich sukcesy uważnie obserwują dwaj żołnierze Wehrmachtu, których jednostka stacjonowała w Łebie.

  Podobnie jak rybołówstwo i turystyka, również inne dziedziny życia społeczno-gospodarczego w pierwszych latach wojny działy bez większych ograniczeń. Weźmy dla przykładu opiekę zdrowotną w Łebie. Jak podaje Lęborski Kalendarz Ilustrowany na rok 1941, w Łebie były czynne dwa gabinety lekarzy ogólnych - dr Heisego i lekarki, dr Preusser. Opiekę stomatologiczną sprawował dr Vockelrodt i dentystka Marga Hoppe, od której każdy mały pacjent po zakończeniu wizyty otrzymywał kilka miętowych ciasteczek.

   Aptekę (Kościuszki 88) prowadziła panna Charlotte Weber, a zawód akuszerki wykonywały Berta Stahnke i Charlotte Schnabel. Jak na warunki małomiasteczkowe i czas wojny możemy śmiało przyznać, że Łeba miała opiekę medyczną na poziomie zadowalającym.

   Dla pełni obrazu dodam, że w całym powiecie lęborskim praktykowało 14 lekarzy, w tym 11 ogólnych, 1 okulista, 1 laryngolog i 1 pediatra oraz 15 dentystów i 22 położne. W lęborskim szpitalu było zatrudnionych 3 lekarzy, a zaopatrzeniem w leki i środki medyczne zajmowały się 4 apteki.

Według książki telefonicznej z 1942 roku, w Gminie Miejskiej Łeba było zarejestrowanych 85 abonentów telefonicznych, z czego 3 w Żarnowskiej.
 
  Po zwrocie pod Stalingradem w lutym 1943 roku, linia frontu powoli przesuwała się na zachód. Siły niemieckie wprawdzie na pewien czas jeszcze odzyskały pole walki, ale bitwa pancerna pod Kurskiem była ostatnią próbą przejęcia inicjatywy na froncie wschodnim. Nastroje społeczne w Niemczech ulegały stopniowym przemianom. Jeszcze większość wierzyła w propagandowe zapewnienia Goebbelsa o ,,planowym wycofaniu wojsk”, ale komunikaty zagranicznych stacji radiowych  mówiły o porażkach i cofaniu się frontu.

   Oczywiście nikt nie mógł przyznać się publicznie do wątpliwości w zwycięstwo Rzeszy, bo to groziło obozem koncentracyjnym, ale w zaufanych kręgach był to coraz częstszy temat do dyskusji. Słuchanie zagranicznych rozgłośni radiowych też było przestępstwem i dla bezpieczeństwa zachowywano daleko idącą dyskrecję. 

Fotografia z 1941 roku, przedstawiająca dom przy obecnej ulicy Sosnowej. Jego właścicielem był Ernst von Zychlinski - major w stanie spoczynku.

                      Ulica Adolfa Hitlera (dzisiejsza Wojska Polskiego) w okresie wojny.


   W lipcu 1944 roku pułkownik von Stauffenberg w porozumieniu z wysoko postawionymi oficerami, dokonuje nieudanego zamachu na Hitlera. Była to rozpaczliwa próba obalenia rządów despoty i uratowania kraju przed totalną ruiną. W odwecie za zamach aresztowano kilka tysięcy ludzi, a ok. 200 stracono. W tym czasie front wschodni przebiegał już na linii Bugu, a zachodni alianci od 6 tygodni walczyli we Francji.

   Na skutek dotkliwych strat Wehrmachtu, 25 września 1944 roku Hitler podpisuje dekret o powołaniu Volkssturmu. Jeszcze ma nadzieję, że pospolite ruszenie jest w stanie odwrócić losy wojny. Kolejnym krzykiem rozpaczy była mobilizacja dzieci szkolnych do ,,prac przydatnych w wysiłku wojennym”. Ogłoszono ją w styczniu 1945 roku. 



Listy żołnierskie


List do domu, wysłany za pośrednictwem poczty polowej przez żołnierza stacjonującego w Łebie. Na czytelnym datowniku widnieje data nadania 11. 3. 44. 

                      Jeden z kolejnych listów wysłany przez tego nadawcę, nosi datę 27 marca 1944 roku.


   Patrząc na powyższe listy polowe, można sobie zadać pytanie, dlaczego zostały one ostemplowane datownikiem poczty cywilnej, a nie polowej z numerem? Otóż poczta polowa używała numerów tylko w stosunku do jednostek wojskowych stacjonujących poza granicami Rzeszy. Dlatego listy wysyłane przez żołnierzy z Łeby, miały na datowniku nazwę miejscowości. Wysyłanie listów i przesyłek do 250 g za pośrednictwem poczty polowej, było bezpłatne w obu kierunkach.

   Korespondencja mogła być cenzurowana, a pisanie o złych morale w jednostce było surowo karane. Listy na terenie Rzeszy były dostarczane w ciągu 3-4 dni, natomiast doręczenie z frontu wschodniego trwało od 5 dni do 2 tygodni (od 1944 r. do 4 tygodni). 

   Przed laty wszedłem w posiadanie powyższych i kilku innych listów, tego samego nadawcy. Długo się zastanawiałem czy mam moralne prawo opublikować ich zawartość? Ostatecznie postanowiłem je upublicznić, usuwając jednocześnie z nich wskazówki, mogące prowadzić do identyfikacji nadawcy i adresata. Uważam, że z historycznego punktu widzenia zawarte w nich treści są nie do przecenienia, dlatego wczujmy się na moment w rolę marynarza G. z Pierwszej Kompanii Szkolnej w Rąbce.

 

Kochana mamo!                                                    Łeba, 27.02.44

   26 lutego o wpół do trzeciej przyjechałem do Łeby. Na początku chciałbym jednak zapytać, jak dojechaliście w piątek do domu, do naszego miasta? Już w pierwszą noc tutaj mieliśmy nocny alarm, a jeszcze nie mamy mundurów. To było pomiędzy 23.00, a 23.30. Najpierw będziemy umundurowani i wyposażeni w sprzęt, a potem dopiero rozpocznie się szkolenie. Podróż z Berlina do Łeby była okropna. Jechaliśmy całe 32 godziny! Myślę, że Rudolf się zdziwi, jak się dowie, że zostałem wcielony do wojska. Krajobraz jest tutaj bardzo ładny.
Kończę z najlepszymi pozdrowieniami i całusami – twój mały marynarz G...




Kochana mamo!                                                      Łeba, 6.03.44

   Bardzo dziękuję za twój list z 3 marca. Proszę przyślij mi moje wymeldowanie z miejsca zamieszkania i z kartek żywnościowych. Przyślij to proszę poleconym, za pośrednictwem poczty polowej. Dzisiaj otrzymałem list od Richarda. Wybacz, na pewno robię dużo błędów w liście, to pewnie z pragnienia. Rano jedziemy do Gdyni, gdzie dostaniemy resztę wyposażenia i umundurowania. Pozdrów wszystkich ode mnie. Przyślij mi też proszę 2 zamykane puszki do przechowywania masła i kiełbasy. 
Pozdrawiam i całuję – twój mały marynarz G...





Kochana mamo!                                                     Łeba, 10.03.44


   Dziękuję za wczorajszy list, który mnie bardzo ucieszył. Kochana mamo, nie zaprzątaj sobie głowy panią L... Ta stara koza nie powinna być taka bezczelna, bo inaczej coś się wydarzy, kiedy przyjadę na urlop. Jej mąż najpierw powinien być żołnierzem, żeby otwierać gębę. Ostatecznie ty masz dwóch synów, którzy służą w armii. Dzisiaj dostałem list od taty. Był on wysłany wczoraj w pociągu z Berlina do Gdańska. Czy tata znowu jeździ do Gdańska? 7 marca byłem z kolegami w Gdyni, gdzie uzupełniliśmy umundurowanie. Gdy wracaliśmy z powrotem przez Lębork, napisałem pozdrowienia dla taty i wrzuciłem do wagonu pocztowego. Bardzo się przestraszyłem, kiedy się dowiedziałem, że Berlin był w tych dniach intensywnie bombardowany. Teraz już kończę, bo chcę jeszcze napisać parę słów do taty. 
Pozdrawiam i całuję – G...



Kochana mamo!
                                                     Łeba, 19.03.44


   Bardzo dziękuję za list od ciebie, który otrzymałem trzynastego. Przez pięć dni byłem chory. Mamo, wracaj spokojnie do Berlina. Kochana mamo, dopiero teraz zrozumiałem, kim jest dla mnie matka, zwłaszcza, gdy przesyła tak smakowite ciasta. U nas w jednostce mieliśmy wizytę z Berlina. Pokazywano jak nas szkolą w polu, czyli w lesie i na plaży, bo do morza mamy dosłownie parę minut biegiem. Mamo, z okazji Dnia Wehrmachtu przeprowadzono zbiórkę pieniędzy. Mój pluton uzbierał 830 marek. Ja dałem 20 marek w gotówce i przekazałem miesięczny żołd. Nasz pluton był najlepszy, spośród dwóch kompanii. Na koniec życzę dużo zdrowia.
Pozdrawiam i całuję – G...




 Kochana mamo!                                                  Łeba, 25.03.44


   Dziękuję za twój list z 23 marca, który jak zwykle przyjąłem z radością. Jak ten czas leci, od miesiąca jestem już marynarzem. Mam nadzieję, że nasze mieszkanie w Berlinie po ostatnich bombardowaniach jest całe. Jak wiesz, ostatnio byłem chory, ale po tej grypie nie ma już śladu. Dzisiaj dostałem pierwszy raz kartki zaopatrzeniowe na ciasto w kantynie, na całe 300 gramów. Dziś też dostałem pierwszy list od Renaty z naprzeciwka. Chyba napiszę jej, jak na prawdziwego żołnierza przystało, że bardzo mi się podoba. Kolegom już powiedziałem, że pisała moja dziewczyna. Na koniec pozdrów wszystkich i chodź często do kina.

Całuję – G...






Rok 1945


   W ostatnich miesiącach wojny przerwy w dostawach energii elektrycznej zdarzały się coraz częściej. Kosztem nieuprzemysłowionego Pomorza starano się zapewnić ciągłe zasilanie rejonom zajmującym się produkcją na potrzeby wojny. Możliwości zaopatrzenia w paliwo dla elektrowni kurczyły się z każdym tygodniem, więc doszło w końcu do stałych wyłączeń wielu miejscowości. Taki los spotkał też Łebę. Zakłady produkcyjne i warsztaty próbowały wprowadzać napęd ręczny do niektórych maszyn, co w znacznej mierze było możliwe. 

   Do oświetlenia stosowano świece i poczciwe lampy naftowe. Popyt na świece był tak duży, że stały się one towarem niezwykle deficytowym i poszukiwanym. Na skutek braku prądu została unieruchomiona stacja pomp i nie znaleziono sposobu ich zasilania. Spowodowało to brak wody bieżącej, jakże ważnej do celów bytowych i produkcyjno-przetwórczych.

   W zaistniałej sytuacji radzono sobie wszystkimi możliwymi sposobami. Uruchamiano nieczynne od lat pompy ręczne, czyszczono zapomniane studnie i wprowadzono niezwykłą dyscyplinę zużycia wody. W powszechnym odczuciu brak bieżącej wody przyczynił się do wystąpienia zachorowań na tyfus w marcu 1945 roku.   
 
 

Lato 1944 roku. Ostatnie beztroskie wakacje najmłodszych mieszkańców Łeby. Zdjęcie wykonano przed domem przy dzisiejszej ulicy Kościuszki 12.
                                                                                                                                            (arch: Petra Zanke)




    W końcu stycznia 1945 roku, przystąpiono do ewakuacji Rakietowej Stacji Doświadczalnej w Łebie. Od 29 stycznia około 60 ciężarówek wywiozło stąd urządzenia i aparaturę w kierunku zachodnim do Karlshagen w pobliżu Peenemünde na wyspie Uznam. W mieście zaczynało się wyczuwać nerwową atmosferę, gdyż Rosjanie i jednostki polskie podeszły już do Wału Pomorskiego, co w krótkim czasie zaowocowało odcięciem Pomorza i walczących tam wojsk niemieckich od reszty Rzeszy (10 lutego). 10 dni wcześniej Armia Czerwona uchwyciła przyczółek na zachodnim brzegu Odry i jeszcze w rejonie Gdańska i Prusach Wschodnich siły niemieckie utrzymywały swoje pozycje, ale i tak pierścień się zaciskał. 

    17 lutego powiat lęborski został ogłoszony terenem operacji militarnych. Komendantura wojskowa w Lęborku zajęła na potrzeby sztabu pomieszczenia handlowe firmy Weigelt w pobliżu kościoła św. Jakuba. Budynek  miejscowego kina został przejęty przez korpus sanitarny armii. Sytuacja mieszkańców była nie do pozazdroszczenia ze względu na licznie napływających uciekinierów z sąsiednich powiatów. Trudno precyzyjnie podać ich liczbę, ale prawie każda rodzina udzielała im schronienia. Nadeszło przedwiośnie ostatniego roku wojny. W komunikacie Radzieckiego Biura Informacji z 9 marca czytamy:
 
   ,,Wojska 2 Frontu Białoruskiego nacierają w zwycięskiej ofensywie. Radzieckie jednostki zmotoryzowane i piechota w szybkim pochodzie wzięły  Sławno. Stacjonujący w mieście garnizon próbował uciec, ale został dogoniony i zmiażdżony pod ogniem oraz gąsienicami naszych czołgów. To budujące powodzenie przyspieszyło przemieszczenie naszych oddziałów w kierunku Słupska. To miasto jest ważnym węzłem komunikacyjnym na północy Pomorza. Przeciwnik próbował zbudować w tym rejonie linię długotrwałej obrony. Hitlerowcy użyli do tego dziesiątek tysięcy cywilów z łopatami, łomami i kilofami. Prace trwały dzień i noc. 

   Jednak szybkie przemieszczanie się Armii Czerwonej zniweczyło niemieckie plany. Umocnień nie ukończono. Pod koniec tego dnia nasze oddziały dotarły do zachodniego skraju miasta. Radziecka piechota prowadziła tam ciężkie walki z twardo osadzonym przeciwnikiem. Czołgi, artyleria i moździerze obeszły miasto od północy i południa. Wieczorem wdarły się do miasta trzy oddziały radzieckich strzelców, rozpoczynając nocny szturm. Po ciężkich walkach Słupsk został zajęty przez nasze wojska (8 marca  - dop. autora)”.
 
   W powiecie lęborskim zapanował totalny chaos. Jedyna droga ucieczki prowadziła na wschód w rejon Trójmiasta, gdzie siły niemieckie jeszcze mocno trzymały pozycje. W celu uchronienia portu w Gdyni przed masowym napływem uciekinierów, SS utworzyło kordon ochronny i nie wpuszczało tam uchodźców. Sytuacja w Lęborku była beznadziejna z uwagi na rozkaz opuszczenia miasta przez ludność cywilną.

   Nie było praktycznie dokąd uciekać. Szosa na Gdańsk była zablokowana na całej szerokości, dlatego próbowano przebijać się bocznymi drogami w północno-wschodniej części powiatu. Panowało przekonanie, że w miarę bezpiecznym kierunkiem jest Puck i Hel, skąd można by ewentualnie ewakuować się drogą morską.
  
Eva Schwark-Panitzke zd. Panitzke, była mieszkanką Steknicy i w 1945 roku miała 10 lat. Tak w jej oczach wyglądały ostatnie dni przed wkroczeniem Rosjan:

   "Pewnego razu pociągiem, w którym było wielu innych rannych żołnierzy, przyjechał mój ojciec. Jak tylko pociąg zatrzymał się w Steknicy, sanitariusze wynieśli z przedziału wózek inwalidzki, w którym siedział ojciec. Byłam zszokowana od widoku tych wszystkich bandaży i okropnie płakałam. Czym prędzej złapałam wózek i zaczęłam pchać do naszego domu, który był blisko stacji. Radość ze spotkania była wielka, a ja przyrzekłam sobie, że będę go pchała w tym wózku wszędzie tam, gdzie sobie tego zażyczy. Biedak na skutek wybuchu granatu i odmrożeń miał amputowane stopy i palce u rąk, z wyjątkiem kciuków. Zawsze, kiedy wybieraliśmy się z ojcem do Łeby po ryby, pieczywo czy mięso, przeważnie otrzymywaliśmy to za darmo. 

   Wojna stawała się coraz bardziej gwałtowna, a Rosjanie szybko przesuwali front w naszym kierunku. Tu i ówdzie spadła jakaś bomba. W tym czasie przyszli do nas pierwsi uciekinierzy wojenni z Prus Wschodnich, a nawet ze Śląska. Moja rodzina przyjęła dwie osoby, jedną kobietę z Połczyna i mężczyznę, nazwiskiem Kaschuba. Z zaopatrzeniem w żywność było coraz gorzej, ale myśmy mieli wystarczająco do jedzenia dzięki naszemu małemu gospodarstwu. Z tygodnia na tydzień sytuacja robiła się coraz bardziej paląca. Front był już blisko, a myśmy słyszeli historie rodem z horroru, jak to Rosjanie gwałcą, rabują i strzelają do cywilów. 

   Mój ojciec wpadł na pomysł, żeby w naszym małym świerkowym lasku zrobić kryjówkę. Było w niej miejsca dla 9 osób. Zanieśliśmy tam łóżka, ubrania, żywność i wodę. Po zamknięciu wejścia ściętym drzewkiem, maskowanie było znakomite i nie do rozpoznania. Niezależnie od tego, ojciec zrobił jeszcze jeden inny schowek, w którym znajdowała się reszta naszej żywności, kartofle, przetwory, itp. Zanim nadeszli Rosjanie, spędziliśmy kilka tygodni w naszej kryjówce. Tylko ojciec wychodził nocą i patrzył, czy wszystko jest w porządku" *.
____________
* Eva Schwark-Panitzke - relacja

   W tym miejscu pozwolę sobie na mały komentarz do powyższej relacji. Kiedyś zastanawiałem się, czy relacje osób, które w okresie wojny były dziećmi, mogą mieć wartość historyczną? Przy pomocy znajomego socjologa doszedłem do wniosku, że jak najbardziej. Wojna i związane z nią przeżycia, były wielokrotnie omawiane  przez długie powojenne dziesięciolecia w rodzinach i kręgach towarzyskich. Dlatego ciągle odświeżana pamięć tamtych wydarzeń i budowane na jej podstawie relacje należy uznać za prawdziwe.  

Eva Schwark-Panitzke zd. Panitzke, urodzona w 1935 roku w Steknicy. Na fotografii autorka wspomnień, jako kilkuletnia dziewczynka.
                                                                                                                                       (arch: Dorothea Fong)



   Posłuchajmy komunikatu Radzieckiego Biura Informacji z dnia 10 marca:
 
,,Wojska 2 Frontu Białoruskiego nacierają w zwycięskiej ofensywie. Nasze jednostki zmotoryzowane i piechota przekroczyły rzekę Łupawę i kierują się na wschód. Wojska niemieckie pod naporem naszych jednostek wycofują się, minując drogi i wysadzając mosty. Nasze oddziały  posuwają się w walce naprzód i zdobyły z marszu miasto Lębork” (o świcie 10 marca - dop. autora).
 
   Tu chciałbym krótko poruszyć kwestię zniszczeń w Lęborku. Otóż w relacjach jego dawnych mieszkańców, w samym mieście nie toczyły się walki. W nocy z 10 na 11 marca pijane żołdactwo sowieckie szabrowało i podpalało budynki. Ich łupem padł między innymi wypełniony po sufit magazyn z alkoholami  firmy Casper i Koch. Najbardziej ucierpiał rynek (Plac Pokoju), gdzie z 34 domów, tylko 3 zostały nienaruszone. W jednym z ocalałych mieściła się apteka i prawdopodobnie zachowała się tylko dlatego, że Rosjanie potrzebowali leków i środków opatrunkowych. Ten i sąsiedni budynek  zachowały się do dzisiaj.
 
 

Dom bankowy (po prawej) i wytwórnia alkoholi Caspar i Koch przy Paradenstrasse (Armii Krajowej) w Lęborku. W dniu 10 marca 1945 r. łupem Rosjan padły pełne magazyny tej firmy

 Powojenna fotografia Lęborka, przedstawiająca zniszczenia budynków w rejonie kościoła św. Jakuba.




Copyright © 2007-2015 by Jarosław Gburczyk
Prawa autorskie zastrzeżone

 


 
  17 odwiedzający (43 wejścia) dzisiaj.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=